sobota, 28 czerwca 2014

Rozdział XIII

 Miłego czytania! ♥
____________________________________________________________

W OŚRODKU NADZIEI

*Josh i Cara*

Chłopak patrzył na skamieniałą twarz przyjaciółki, a po jego suchych policzkach spłynęły łzy... Pierwsze łzy od wielu lat. To było dziwne uczucie... Nie chciał do tego wracać. Do smutku, bólu i cierpienia, gdy do głowy przychodzą tylko smutne pytania oraz rozmyślania nad sensem życia. Po co się istnieje, skoro się umiera? 
Chłopak przyłożył swoją dłoń do skamieniałego policzka Cary. Był zimny, bez barwy. W niczym nie przypominał dziewczyny, która tryskała entuzjazmem, radością oraz humorem. To ją zniszczyło. Wszystko, co było w niej najlepsze i najpiękniejsze. Jednak pomimo tego, że stała tak bez ruchu, bez uśmiechu... Chłopak widział w niej to, co zgasło w jednym momencie. Był wstanie ujrzeć radość w jej oczach i niewyraźny uśmiech, chociaż stała się kamieniem. Straciła najcenniejszy dar, jaki mógł pozyskać człowiek... Przez jego głupotę. Znienawidził siebie za to. Popełniał wiele błędów, ale nigdy nikt nie stracił przez niego życia. Chciał przeprosić Carę, przeprosić pozostałych za to, że przez niego odeszła, chciał, aby mu wybaczyli za to wszystko, co przez niego stracili i, co dopiero stracą. Uświadomił sobie dopiero teraz, jak bardzo potrzebował, żeby dziewczyna była przy nim. Teraz przeżywał najtrudniejsze wyzwania swojego życia... Pragnął przeżyć je z nią. Chciał, żeby ktoś z nim był. Nie do wiary jak szybko można było stracić cząstkę siebie, która rozpadała się po utracie kogoś bliskiego.
Pogrążony w swojej rozpaczy usłyszał za sobą chichot Meduzy. Zagotował się w nim gniew oraz nienawiść. Chciał ją zniszczyć, zabić. Pamiętał każdy szczegół, zanim Cara stała się kamieniem. Czuł w swojej dłoni dotyk jej zziębniętej ręki, jej wystraszony oddech, a także każde słowa, które wypowiedziała. W głowie szumiało mu jedno: "Meduza jest śmiertelna. Zabij ją głąbie, a później ocal Carę". Łatwiej myśleć niż zrobić. Jego plecy stały się niespodziewane zgarbione, jakby nie mógł się wyprostować przez ciężar, jaki go teraz przytłaczał. Pomimo tego wszystkiego podniósł miecz leżący u jego stóp i odwrócił się.
Pierwsza jego kluczowa myśl: "Nie zdejmuj okularów, wiedźmo". Ale najwyraźniej nie było mu przeznaczone łatwe zadanie, bo Gorgona chwyciła się za kościsty brzuch, wciąż śmiejąc się złowieszczo i pomału sięgnęła po okulary. Chłopak odwrócił się, po czym schował za skamieniałą przyjaciółką. Jego ręka otarła się o szorstką dłoń dziewczyny. Żałował, że pomimo iż ściska rękę Cary, ona nie jest wstanie odwzajemnić uścisku, jak wiele razy wcześniej. Ponownie podniósł się w nim poziom odwagi i adrenaliny. Słyszał, że wszyscy, którzy nie chcieli patrzeć na Gorgonę, bo wiedzieli, czym to się skończy, zostali skuszeni. Ale on wyprostował się i stanął tyłem do Meduzy, jednocześnie stojąc blisko kamiennej twarzy Cary. Był pewny, że ona nadal żyła. Widział w jej oczach nadzieję. On był jej nadzieją i nie zamierzał tego schrzanić. Dotknął swoją dłonią policzka przyjaciółki, wyobrażając sobie, jakby stała przed nim cała i zdrowa, po czym wyszeptał, mając wrażenie, że słyszy:
- Uratuję cię.
A następnie pognał w głąb korytarza przed siebie z zamkniętymi oczami, będąc pewnym, że kobieta-potwór zacznie go gonić. I miał rację. Gdy ją wyminął, otworzył oczy, aby się nie wywrócić i usłyszał za sobą zdezorientowany głos potwora:
- Zostawiasz przyjaciółkę?!
Gorgona ruszyła biegiem za nim, jakby bardzo zależało jej na skamienieniu go, a on wyszeptał sam do siebie, znikając w ciemności:
- Chyba śnisz.

***

Josh coraz bardziej się męczył, a jego płuca zaczęły niebezpiecznie pobolewać. Nagle zatrzymał się. Przed nim stało około stu posągów różnych ludzi. Czuł się, jak w jakimś muzeum. Oni pewnie byli nieszczęsnym dziełem kobiety. Nie mógł im pomóc, co trochę go zabolało. Skorzystał z okazji, że Meduza nie widzi go w półmroku, bo jest dość daleko. Wbiegł pomiędzy posągi, poukładane w różnych miejscach. Schował się za jednym, który stał za skalną ścianą w mroku i zaczął nasłuchiwać. Usłyszał czyjeś kroki oraz dość zdenerwowany oddech. Po chwili usłyszał przesycony jadem głos Gorgony:
- Gdzie jesteś mój drogi?
Chłopak był pewny, że znienawidził ją, jej głos, ubranie, zwariowaną, zwierzęcą fryzurę i wszystko co do niej należało... A najbardziej oczy. I na pewno nie był "jej drogim".
Nie wiedział, co ma teraz zrobić. Nie mógł zaatakować, lecz mógł ją zwodzić, mówić.
- Posejdon cię nienawidzi! - powiedział, a na jego twarzy pojawił się podstęp. 
Węże na głowie Meduzy zasyczały ze zdenerwowaniem, a z ust potwora wydobył się zdezorientowany jęk. Josh wiedział, że złapał ją do sieci.
- Nie prawda! On mnie kocha! - krzyknęła z wielkim zdenerwowaniem.
- Jasne! - odpowiedział z zażenowaniem oraz odrazą chłopak - Poprawka : KOCHAŁ! 
Gorgona wrzasnęła z rozwścieczenia. 
Chłopaka to szczerze zaskoczyło... Czyli coś na wzór demona miało uczucia? Mogło kochać i pragnąć być kochane? Było to dla niego niemożliwe. Skupił się głównie na ocaleniu Cary. Usłyszał odpowiedź istoty:
- Kocha! On mnie kocha! 
Josh nie musiał udawać lekkiego rozbawienia tą całą sytuacją. Zaśmiał się z satysfakcją, że tak łatwo udało mu się to wszystko. 
- Oczywiście. - dodał - Jeżeli ma w swoim sercu wrodzoną miłość do gadów to z pewnością, żmijo!
- Nie! Zamknij się! Nie! - krzyczała Meduza.
Ale coś w tym krzyku było nie tak. Kryła się złość oraz gniew. Ale przyćmiły je inne emocje. Żal, smutek i nieszczęście. One kłębiły się w głosie Gorgony. Mimo, że pragnęła je ukryć, nie udało jej się to. Josh nie chciał okazać się bez serca, lecz musiał uratować przyjaciółkę. Nie mógł zapominać, że to ona zamieniła ją w kamień. Nie miała uczuć... Była potworem.
- Jak sądzisz, wolał płazy czy gady? - kontynuował, lecz zdecydowanie satysfakcja ze sprawiania bólu istocie, już przestała go tak motywować - Byłaś dla niego bardziej żmiją czy ropuchą?
- Nie! Nie... To nie mogło tak być...
Rozpaczliwy głos kobiety sprawił, że w chłopaku zadrżało serce. Postrzegał ją jako potwora, bo nim była. Czuł się źle, że wywołał u niej uczucia, które budzą się w ludziach. Musiała mieć coś z człowieka. Zobaczył w mroku, kilka metrów przed nim, jak coś chwiejnie się porusza. To była Gorgona. Niespodziewanie upadła na kolana i zakryła dłońmi twarz. Jej chlipanie oraz niespokojny oddech były wręcz niesłyszalne. Ale znajdowała się na tyle blisko niego, żeby to usłyszał. Ona płakała. Tylko nad czym? Nad swoim losem, czy nad jego słowami? A może obie opcje ją dotknęły? Jakim cudem udało mu się uruchomić w niej kawałek człowieka? 
Przez te pytania na chwilę zapomniał, po co się tutaj chował. Mocnej ścisnął dłoń na rączce swojego miecza. Był pewny, że po tym jak się już z nią rozprawi, nie będzie dobrze się z tym czuł. Jakby sam był potworem. Ale, gdy tylko przypominała mu się Cara oraz to, co się z nią stało, nie miało znaczenia nic poza tym, żeby ja uratować. Niesłyszalnie wstał, wziął głęboki oddech i rzucił się na Meduzę, której z zaskoczenia udało się tylko podnieść za chwiejnych nogach. Jej załzawione oczy oraz strach w nich widniejący, zdawały się być szczere. 
Josh podniósł miecz wyżej, aby odciąć kobiecie głowę. Gdy patrzył na nią, musiał ciągle wspominać Carę oraz powtarzać sobie: "To tylko świetne aktorstwo, nie daj się nabrać". Właśnie znalazła się idealna okazja, żeby pozbyć się jednej z Gorgon. Idealna... Ale chłopak nie miał serca jej wykorzystać. Był świadom konsekwencji oraz tego, co może się z nim stać. Opuścił miecz niżej, wciąż zbliżając się na Meduzę. Musiał jednak jakoś dać sobie czas. Zamachnął się mieczem i odciął jedną nogą istocie, która zawyła z bólu, a następnie przewróciła się. 
Josh minął ją prędko i zaczął się przeciskać pomiędzy posągami, biegnąc z powrotem. Wypełniała go pustka. Z jednej strony czuł w sobie jakąś ulgę, a z drugiej większe obciążenie. Nie wiedział, co robić, a to było najgorsze w tym wszystkim. Po szybkim biegu znalazł się koło skamieniałej przyjaciółki. Bolały go płuca, mięśnie, nogi... I serce. Ogłuszony swoimi myślami, potknął się o kamień, przewracając się na Carę. Posąg przewrócił się pod jego ciężarem, a on podniósł się z niego obolały, w duchu modląc się, żeby nic nie uszkodził. Jego miecz leżał na twarzy dziewczyny. Zrobił lekką rysę na policzku. Chłopak ukląkł obok przyjaciółki, bo zobaczył, że z należącą do niego bronią, dzieje się coś dziwnego, nieokrzesanego dla jego umysłu. 
Krew Gorgony, która widniała na klindze miecza, wciąż była płynna, chociaż powinna już dawno zastygnąć. Pomału zaczęła zmieniać swoją barwę na przezroczystą, a po chwili nieliczne krople spadły na policzek dziewczyny. Kamień zaczął, jakby znikać, przywracając pierwotne ciało Carze. Jej policzek nabrał barwy. Po chwili na mieczu została już tylko jedna kropelka, która nie chciała spłynąć na przywrócony do normalności policzek.

Josh otrząsnął się z szoku i prędko dotknął palcem wody, jakby bał się, że wyparuje, bo była w tak małej ilości, po czym włożył ją do ust. Była lekko słona. On zrozumiał... To były łzy Meduzy. Krew musiała się w nie zamienić, bo płakała. Nie mógł w to uwierzyć. Odłożył delikatnie miecz, po czym spojrzał na przyjaciółkę. Ta chwila dała mu nadzieję na to, że może uratować dziewczynę. Dotknął jej zaróżowionego policzka swoją dłonią. Przypomniał sobie dotyk Cary. Do jego oczu napłynęły łzy szczęścia. Była szansa, że znów będzie żyła. Przytulił ją, bo był pewny, że ona to czuje. Miał wrażenie, że zaraz wybuchnie z radości oraz podniecenia. Nie ważne, że nie wiedział, jak zdobyć łzy Gorgony w tak dużej ilości. Liczyła się nadzieja oraz druga szansa.


*Thomas i Emily*


Thomas nie chciał w żadnym stopniu puszczać z uścisku Emily. Wrócił na Ziemię. On żył, był teraz przy przyjaciółce. Tęsknił za nią, gdyby nie wrócił, nie mógłby się z tym pogodzić. Tęskniłby za tymi wszystkimi uściskami z nią oraz chwytaniem za dłonie. Była dla niego kimś ważnym. Czasami zastanawiał się, czy nie za bardzo, ale to nie miało w tej chwili najmniejszego znaczenia. Ta chwila mogłaby trwać wiecznie.
Arcanum patrzyła się na nich, oglądając od stóp do głów. O co mogło jej chodzić? W każdym razie, po kilku minutach stało się to dość niezręczne.
W końcu Emily puściła go, a chłopak nie chciał wyjść na durnia, przytrzymując ją blisko siebie dłużej pomimo, że nie chciał ani trochę kończyć tego ciepłego oraz przepełnionego pozytywnymi uczuciami uścisku. Tego chyba najbardziej mu brakowało.
Gdy dziewczyna go puszczała, spojrzał jej w oczy i miał wrażenie, że widzi w nich iskierkę smutku, jak gdyby nie nacieszyła się nim wystarczająco od czasu, kiedy zniknął. Niestety nie mógł być tego pewien, ponieważ trwało to tylko przelotną sekundę. Ale znaczyło bardzo wiele. Czy sam wyglądał podobnie?
Kiedy jego przyjaciółka wstała, zobaczył ją idealną, jak zawsze. Wiele razy ją widział. Jako zwykłą nastolatkę, zaniedbaną dziewczynę oraz teraz. Teraz wyglądała, jak przyszła księżniczka. Pełna wdzięku, szyku oraz gracji. Nikt nie był w stanie jej dorównać.
Gdy zrozumiał, że Emily widzi, jak uważnie ją obserwuje i przy tym uśmiecha się, odwrócił wzrok i usiadł. Potwornie zakręciło mu się w głowie. Ciekawe, czy zawsze tak było, gdy wracało się z martwych. Po chwili podniósł się chwiejnie na nogi, mało co się nie wywracając. Dziewczyna podeszła do niego szybko i chwyciła pod ramię, żeby poprowadzić go do kanapy.
Usiadła koło przyjaciela, a Arcanum przyglądała im się uważnie. W końcu Emily spytała, chwytając za dłoń Thomasa, jakby się czegoś obawiała:
- Kiedy mamy iść do strażnika?
- Jeszcze nie teraz. - odpowiedziała tajemniczo kobieta.
Chłopak zastanowił się chwilę, próbując przypomnieć, o co może chodzić. Cały czas obserwował Arcanum, gdy stroiła Emily, mówiąc o tym, że ma uwodzić strażnika, kimkolwiek on był. To trochę go rozzłościło. Miał nadzieję, że to nie były objawi zazdrości. Musiał się jednak z tym pogodzić, jeżeli to miało być dla dobra ich misji, czyli życia Mysterium. Ile jeszcze poświęcą dla takiej nieznośnej dziewczyny, jak ona?
- Można bardziej szczegółowo? - ponownie zadała pytanie dziewczyna, wyraźnie dość zirytowana.
Czyżby jej również nie odpowiadało specjalnie zadanie, które miała wykonać?
- Gdy Cara i Josh się pojawią. Musicie być tam w komplecie. - powiedziała obojętnie Arcanum.
Emily podniosła się na te słowa z kanapy, a jej oczy mówiły wszystko o zaskoczeniu oraz nadziei, jakie teraz mogła przeżywać. Chłopak również z niedowierzania chciał zerwać się na równe nogi, lecz tylko się poruszył, a potwornie zabolała go cała mózgownica, do tego doszedł jeszcze ból w całym ciele, a więc zrezygnował z tego. Usiadł, skrzywiając się przy tym. Jego przyjaciółka spojrzała na niego ze współczuciem, ale po chwili odwróciła wzrok na kobietę.
- Co proszę? - Emily udało się wypowiedzieć z trudem te krótkie pytanie, przez porządnie ściśnięte gardło.
Arcanum przewróciła oczami, jakby traciła już cierpliwość do tłumaczenia wszystkiego wszystkim po kolei. Po chwili podniosła się kanapy i zawiesiła swój płaszcz w powietrzu. Wracając na swoje miejsce wypowiedziała kilka dziwnych słów, a na materiale pojawił się ekran, jak u telewizora.  Kilka razy pstryknęła palcami, a przed nimi pojawił się obraz Cary oraz klęczącego obok Josha. To wszystko wyglądało, jak jakiś film.
Emily i Thomas otworzyli szeroko oczy, jakby chcieli wyszukać czegoś, co nie wskazywał by na to, że widzą swoich prawdziwych przyjaciół, a ich usta otworzyły się lekko, nie chcąc się zamknąć z wrażenia. Dziewczyna wyjąkała coś ze zdumienia, a kobieta powiedziała, wskazując dłonią na swój zaczarowany płaszcz:
- Tak, to są naprawdę wasi przyjaciele. To co tutaj widzicie, dzieje się na prawdę. Josh i Cara ruszyli inną drogą za wami, chcąc wam pomóc. Teraz ich położenie oraz sytuacja... Nie są za ciekawe.
Przyjaciele podnieśli się gwałtownie z siedzeń, aby podejść bliżej obrazu, lecz dla chłopaka nie był to najlepszy pomysł, bo całe jego plecy przeszył okropny ból, przez co wydał jęk. Dziewczyna odwróciła się, a na jej twarzy wymalowany był strach oraz współczucie. Podeszła i wzięła go pod ramię, aby pomóc. Stanęli przed płaszczem Arcanum, która przyglądała im się ciekawym wzrokiem.
Oboje przyjrzeli się wszystkiemu dokładniej. Josh klęczał nad Carą, która... Tu Emily wydała zduszony krzyk przerażenia. Jej przyjaciółka leżała skamieniała, a Josh klęczał nad nią, uśmiechając się sam do siebie. Co w tym mogło być śmiesznego? Nie byli w stanie pojąć. Gdy tak patrzyli na to z mieszanymi emocjami, odezwała się kobieta, zwracając przy tym na siebie uwagę. Na sam jej głos, Thomasa przeszły ciarki:
- Właśnie o tym mówię. Gdy już przeżyją... Powtórka, o ile przeżyją, dostaną się tutaj magicznym portalem. Oporządzimy ich - w tej chwili zmierzyła od stóp do głów chłopaka, dodając po chwili - i ciebie, a następnie udacie się wszyscy do strażnika.
Przyjaciele pokiwali głowami, po czym znów zaczęli oglądać obraz. Wydawało się, że to mogła być jakaś ukryta kamera. Czy Arcanum ich też tak szpiegowała?
-  Nie możemy im pomóc? - spytał Thomas.
Kobieta spojrzała na niego dziwnym wzrokiem, jakby powiedział coś bardo głupiego i odpowiedziała:
- A czy gdybym mogła im pomóc, dalej bym tutaj siedziała? Mi też zależy, żeby odesłać was  z powrotem, bo już nie mam tyle siły, co kiedyś, żeby wszystkich wspierać.
Nagle na obrazie gwałtownie podniósł się Josh, wystawiając miecz przed siebie, a nieopodal pojawił się... Potwór, bo inaczej nie dało się tego nazwać.
Obrzydliwa kobieta, w wiszącej sukience oraz wężami zamiast włosów, rzuciła się na chłopaka i... I wtedy obraz zaczął migać, a następnie całkowicie zniknął.
Emily uderzyła pięścią o płaszcz ze złości, który od razu, gdy go dotknęła, spadł na ziemię. Arcanum podniosła go i zarzuciła na siebie, a Thomas spytał poddenerwowanym głosem:
- Co się stało?!
Ostatnio miał niezłą tendencję do zadawania pytań. Nie zawsze odpowiednich oraz mądrych, ale jednak je zadawał.
Emily przełknęła głośno ślinę, bo nie zapowiadały się dobre wieści ze strony Arcanum, która milczała przez dłuższy czas. Po chwili chwyciła kawałek materiału swojego płaszczu, przesuwając go w dłoni. W końcu podniosła głowę i powiedziała:
-Na pewno nic dobrego.
Po tych słowach, jej wzrok powędrował gdzieś daleko, stając się nieobecny. Przyjaciele zdezorientowani oraz przerażeni nie wiedzieli, co dalej robić. Mogli tylko czekać. Lecz czekanie nigdy nie jest odpowiednim działaniem. Nie jest żadnym działaniem.

_____________________________________________________________________

I......................... Skończyłam! :D
Mam nadzieję, że rozdział się podobał.
W sumie jak go przeczytałam, nie był taki zły, ale najbardziej podobała mi się część o Joshu i Carze. Całkiem fajnie mi wyszła ^^. Z Emily i Thomasem też całkiem spoko.
Liczę na wasze opinie w komentarzach :). Dają wielkiego kopa motywacyjnego! :D
Mam nadzieję, że moje wypociny nie poszły na marne ;). Uważam, że to super uczucie, gdy nie wiesz o czym pisać i w trakcie pojawia się w głowie pomysł! W tym rozdziale u mnie było tak cały czas, bo kompletnie nie wiedziałam, co pisać, a nieźle mi wyszło.
Przynajmniej, gdy to czytałam, tak mi się wydawało :>
Super jest mieć świadomość, że wyobraźnia działa :D
Wasza na pewno też!
No dobrze, nie truję już ;)
Piszcie wrażenia w komentarzach, bardzo na nie liczę ! :*
Komentujcie, pytajcie bohaterów, obserwujcie, polecajcie, wracajcie, odwiedzajcie!
Do wszystkich, którzy czytają mojego bloga - JESTEŚCIE NAJLEPSI!
Niedługo następny rozdział!
A tam w ogóle to MIŁYCH WAKACJI!
Macie jakieś oryginalne plany, na ich spędzenie? :)
Ja jadę nad morze w sierpniu, a na razie nie mogę się doczekać środy, albo przyszłej soboty! Robimy ognisko ze znajomymi <3 p="">[KLIKNIJ TUTAJ]
Jest wybierany najlepszy blog Spisu Opowieści. Liczę na to, że oddacie na mnie głosy ^^. Można głosować ile razy się chcę, a więc można 1 raz, a można też 20 razy :). Pomóżcie mi! Z góry bardzo dziękuję :* ♥
Do poczytania! ♥
 





sobota, 21 czerwca 2014

Rozdział XII

Miłego czytania! ♥
___________________________________
TRACISZ - ODZYSKUJESZ

*Josh i Cara*

Josh stał, wgapiony w Carę i obawiał się, że w końcu jego szczęka otworzy się, po czym zacznie niebezpiecznie opadać w dół. Tak, może i śni o kiblach, może nosi wodę utlenioną w kieszeni, ale raczej na pewno nikt mu podczas jego krótkiego żywotu nie powiedział, że próbował go zabić. A tu bęc! To Carę próbowali uśmiercić! Niby zero logiki, spokojna dziewczyna, ładna, dzielna, utalentowana, inteligenta... Dobra, nie chciał się rozpędzać, bo by nie przestał. No więc, po co ktoś miałby ją zabijać?! Niby bez sensu, jednak tu wszystko było możliwe. Może dziewczyna nie wiedziała o sobie całej prawdy? Bo tak właściwie on sam nie wiele o sobie wiedział, nie pamiętał wszystkiego, a urywki wspomnień przewijały się momentalnie przez jego głowę, nie prowadząc do niczego prócz pobudzonej ciekawości. Życie bywało niesprawiedliwe.
W jego głowie panował nieokreślony mętlik, bo nie mógł usadowić na właściwe miejsce ani jednej myśli. Tak właściwie... To dlaczego dopiero teraz się o tym dowiedział? Przecież to mogło zaważyć na życiu Cary, a ona dopiero mu o tym mówi? Miał kolejny powód do zdenerwowania. Jego nadpobudliwość wcale nie ułatwiała mu uspokojenia. Czyżby miał objawy ADHD? Wybił to sobie prędko z głowy, po czym spojrzał na dziewczynę nadal rozkojarzony i spytał:
- Dlaczego dopiero teraz mnie o tym poinformowałaś?
Mimo, że to mogło być najmniej istotne pytanie w tym wszystkim, co działo się wokół nich, on najbardziej chciał wiedzieć właśnie to. Nie kim mógł być ten "ktoś", dlaczego nic nie pamięta i inne takie. W sumie przez to, że dziewczyna nie powiedziała mu od razu, mogła pokazać, że ma wobec niego ograniczone zaufanie, co u przyjaciół jest nie tolerowane. Wzrok chłopaka był pewnie przepełniony złością, chociaż dowiedział się o tym dopiero, gdy Cara cofnęła się odruchowo do tyłu z wystraszoną miną. Czyżby był, aż tak przerażający?
- Josh... - pisnęła cicho dziewczyna, patrząc za niego przestraszonym wzrokiem, a jej palec pomału powędrował do góry, wskazując coś za plecami chłopaka.
Josh zmarszczył brwi w niewiedzy, o co może chodzić jego przyjaciółce. Nie chciał się odwracać. Miał dość głębokie przeczucie, że nie powinien. W końcu Cara miała zamknięte oczy, jakby bała się je otworzyć.
Chłopak starał się oddychać spokojne, przy okazji próbując wymyślić, jak sprawdzić, co jest za nim. Pochylił głowę w dół, a jego uwagę zwrócił miecz, który trzymał w dłoni. Klinga broni błyszczała oraz była przejrzysta. Mógł w niej zobaczyć odbicie. Uniósł go lekko do góry i przechylał pod różnymi kątami. W końcu coś dostrzegł. Przyjrzał się uważnie odbiciu. Zobaczył piękną kobietę, która miała na sobie sportowy stój. Na oczach miała ciemne okulary, a czarne, długie włosy opadały na jej ramiona.
Josh nie mógł się powstrzymać, od kobiety biło piękno. Musiał zobaczyć ją na własne oczy. Cara odwróciła się, żeby nie patrzeć na postać z tyłu, cofnęła się i stanęła koło niego. Po chwili uchyliła powieki, spojrzała na niego, a następnie wyszeptała najciszej jak tylko mogła, drżącym głosem:
- Nie odwracaj się.
Powtarzała to cały czas, ale im dłużej chłopak patrzył w odbicie kobiety, tym bardziej słowa Cary przestawały do niego docierać, a w jego głowie buzowała chęć odwrócenia się. W końcu usłyszał w swojej głowie płynny, uwodzicielski głos, który nucił: "Spójrz".
To było wystarczające przekonanie.
Josh odwrócił się i popatrzył na piękną kobietę. Ona uśmiechnęła się zwycięsko, a jej obraz zaczął się rozmywać. Ciemne włosy zaczęły zamieniać się węże, opalona skóra pobladła, a dresowe ubranie zamieniło się w czerwoną suknię do ziemi, która wisiała bezwładnie na tym czymś, co teraz ani trochę nie przypominało kobiety.
Chłopak przeraził się. Nagle jego dłoń chwyciła Cara. Spojrzał na nią, ale ona nadal stała odwrócona z zamkniętymi oczami, jakby nawet nie poczuła ani usłyszała, że chłopak zmienił kierunek, w którym patrzył.
Niespodziewanie kobieta-potwór zaśmiała się triumfalnie spokojnym, donośnym głosem, który poniósł się echem po podziemnej ścieżce. Nadal miała na nosie ciemne okulary. Po chwili powiedziała:
- Jestem jedną z Gorgon mój drogi chłopczyku.
Josh przestraszył się. Czy ona czytała w jego myślach? Dosłownie chwilę temu miał zapytać, czym ona jest. Zaczął szukać w głowie czegoś, co skojarzyło by mu się z tym dziwnym słowem... Niestety nigdy nie uczył się za dobrze, a więc jego wiedza była zdecydowanie ograniczona.
Węże na głowie Gorgony zaczęły wić się niebezpiecznie i syczeć groźnie. Z pysków wystawały im ostre zęby oraz tryskał skwierczący jad.
- Nadal nie wiesz kim jestem? - spytała drwiącym głosem, rozkładając bezwładnie ręce.
U Josha panowała pustka. Nie miał bladego pojęcia. Nagle wtrąciła się Cara, która wciąż mocno zaciskała powieki oraz dłoń przyjaciela:
- Meduza.
Gorgona przechyliła na bok głowę, jakby chciała lepiej się przyjrzeć dziewczynie, a Cara zdawała się to wyczuć i mocniej złapała dłoń chłopaka.
- Mądra dziewczyna. - powiedziała Gorgona, a z jej głosu wydobyła się nienawiść. Czyżby nie lubiła swojego imienia? - A może wiesz o mnie coś więcej?
Cara przełknęła głośno ślinę, a jej ciało wyraźnie drżało z przerażenia. Wciąż miała zamknięte oczy, jednak po chwili odpowiedziała niepewnym oraz wystraszonym głosem:
- Jesteś Meduza. Masz dwie siostry Steno i Euriale. - Gorgona była wyraźnie coraz bardziej zdenerwowana, jej dłonie zaczęły zamieniać się w szpony, a z ust wydobywać się kły -  Jesteś śmiertelna, masz węże zamiast włosów. Kochał się w tobie Posejdon, ale znieważyliście świątynię Ateny, przez co zostałaś ukarana i zamieniona w Gorgonę. Twój wzrok...
- Dość! - krzyknęła zdenerwowana już na maksa Meduza, w której uruchomił się instynkt potwora. Greckiego potwora.
Dzięki słowom dziewczyny, Josh przypomniał sobie niektóre lekcje historii. Pamiętał mitologię tylko dlatego, że ją lubił i nic poza tym. I nagle sobie coś uświadomił. Wzrok Meduzy zamieniał w kamień. A on głupi stał i patrzył na rozwścieczone stworzenie, z którego pleców zaczęły wyrastać ogromne skrzydła. Zrozumiał, dlaczego Cara miała zamknięte oczy oraz mówiła, żeby się nie odwracał. Jednak było już za późno. Gorgona uspokoiła się nieco, stanęła na przeciwko niego i rzekła spokojnym oraz jednostajnym głosem:
- Na prawdę miło jest być kamieniem.
Po czym płynnym ruchem sięgnęła po okulary na nosie.
Chłopaka sparaliżowało, nie mógł się ruszać, a co najważniejsze - zamknąć powiek. Chciał unieść lekko dłoń, ale trzymała ją jego przyjaciółka. Nie chciał być kamieniem, ani zostawiać Cary samej. Ale jeżeli takie było ich przeznaczenie? Może nie dało się go zmienić?
Gdy Meduza zdjęła okulary i zaczęła uchylać powieki, Josh był pewien, że to koniec.
Nagle zobaczył, jak Cara staje przed nim, wciąż ściskając jego dłoń. Zasłoniła swoim ciałem, jego ciało i sama uchyliła oczy, a po jej policzkach spłynęły łzy. Gorgona zaśmiała się cicho, powiedziała tylko: " Głupie dziecko" i spojrzała w oczy dziewczynie. Momentalnie ciało Cary zamieniło się w twardą skałę, a Josh nie mógł wydostać uścisku ze skamieniałej dłoni przyjaciółki. Nawet nie chciał. Gorgona założyła ciemne okulary wciąż śmiejąc się triumfalnie. Chłopak popatrzył na dziewczynę. Cała z kamienia stała nieruchomo i jedynie jej ostanie łzy, które nie zmieniły się w zwartą bryłę, skapnęły na buty chłopaka. Te jedyne i ostanie. Joshowi chciało się płakać.


*Thomas i Emily*

Emily rozpaczała już dobre kilkanaście minut nad nieruchomym ciałem Thomasa i nie miała najmniejszego zamiaru przestawać. W jej głowie ciągle huczały słowa : "On nie żyje", "On nie wróci", albo "To moja wina". Wszystko ją dołowało. Nie obchodziło ją nic dookoła, nic co się działo. Miała ochotę zejść z tego świata. Dlaczego życie było często tak niesprawiedliwe? Czym ludzie sobie na to zasługują, na ból i cierpienie? Czym jest życie, skoro nie pozwalają nam wykorzystać tego daru do końca?
Takie pytania plątały jej się bez końca. Miała ochotę wykrzyczeć się na całego. Nic nie mogła zrobić. Thomas nie żył.
Nagle zerwał się silny wiatr, a ją przeszyły dreszcze. Powietrze wokół niej zafalowało, a kilka metrów obok z białej mgły, zaczęła wydostawać się czarna poświata. Po chwili pojawiła się koło niej kobieta o wręcz przezroczystej skórze, w granatowej todze, która przypominała ubrania greków. Czarne włosy splecione były w gruby warkocz, a ciemne oczy połyskiwały, jak gdyby z podniecenia. Blade ramiona dodawały jej gracji. Patrzyła na Emily wzrokiem pełnym przebiegłości, a jej uśmiech był przesycony tajemnicą. Odgarnęła delikatnie dłonią kosmyk włosów i włożyła go za ucho, po czym powiedziała spokojnym, płynnym głosem:
- Nazywam się Arcanum.
Dziewczyna, aż wzdrygnęła się na to imię. Tylko dlaczego? Wydawało jej się znajome oraz niebezpieczne. Ale nic poza tym nie mogła sobie przypomnieć. W sumie już do tego przywykła. Kobieta uniosła zawadiacko brew i rozejrzała się dookoła, biorąc głęboki wdech. Wyglądała, jakby wróciła do starego domu. Po chwili uniosła dłoń do góry, pstryknęła palcami, a w jej ręce pojawił się czarny płaszcz, który zmaterializował się znikąd. To wyglądało, jakby poskładał go wiatr. Kobieta delikatnie założyła go sobie na ramiona, po czym podeszła do zapłakanej Emily, która musiała wyglądać potwornie, bo wywnioskowała to z miny Arcanum, patrzącej na nią, jak znawczyni stylu oraz mody. Następnie przykucnęła koło ciała Thomasa i spojrzała na nie, jak typowa matka.
Dziewczyna miała wrażenie, że kobieta nic nie waży, bo poruszała się, jak piórko. W dodatku miała ciągłe przeświadczenie, że skądś ją znała.
Arcanum położyła zwiewnie swoją dłoń na czole chłopaka, jakby mierzyła mu temperaturę. Czyżby bawiła się w lekarza? Emily znów zachciało się płakać, gdy na to patrzyła.
Kobieta podniosła się, a jej mina nie wyrażała nic. Po chwili spojrzała na dziewczynę, której łzy wciąż spływały po policzkach, a następnie wyciągnęła swoją dłoń i położyła ją na ramieniu Emily. Tą przeszły ciarki, ale podniosła wzrok na Arcanum. Ona uśmiechnęła się do niej miło, jednak wciąż z nutką przebiegłości, po czym powiedziała:
- Wstań. Musimy coś z tobą zrobić.
Dziewczynę zamurowało. Miała się przebierać, myć i inne takie głupstwa, gdy jej przyjaciel leżał martwy? A chociażby skromny pogrzeb? Nie byłaby w stanie zostawić go na pastwę robactwa. Podniosła się z ziemi, ale pokiwała sprzecznie głową. Nie miała najmniejszego zamiaru ruszać się z miejsca.
- Nie chcesz się przeprać? - spytała z zadziwieniem Arcanum, jakby było to coś kompletnie normalnego.
- Chcę. - odpowiedziała dość pewnie Emily, lecz wciąż wypełniało ją przerażenie - Ale nie zostawię tutaj Thomasa.
- A kto powiedział, że go zostawiasz? - kobieta miała minę, jakby uważała, że rozmawia z najgłupszą osobą na świecie.
Znów pstryknęła palcami, a wokół ciała chłopaka zebrała się czarna mgła. Po chwili Thomas wisiał nad ziemią co najmniej metr. Wyglądał, jakby spał na burzowej chmurze. Szkoda, że tak nie było...
Nagle usłyszeli głośne wycie, które najwyraźniej nakierowało ich na jedną, kluczową myśl - wilki, znaczy uciekać.
Arcanum chwyciła mocno dłoń Emily i pociągnęła za sobą, a ciało chłopaka leciało tuż koło nich. Dłoń kobiety była zlodowaciała. Biegły szybko, chociaż dziewczyna nie wiedziała, czy dobrze robi. Jednak nie miała raczej innego wyjścia. 
Emily po kilkunastu minutach szybkiego biegu, zaczynała się dość intensywnie męczyć, za to Arcanum nie wyrażała żadnych emocji, a przede wszystkim się nie męczyła. Tak, zdecydowanie nie była człowiekiem. Po chwili przed nimi pojawił się ciemny tunel, do którego wbiegli. Nagle dziewczyna zrozumiała, że to nie był tunel, tylko przejście, podobne do tego, którym dostała się tu kobieta.
To teraz była klapa. Nie byli już w labiryncie, a tylko tam mogli znaleźć Kryształ Aniołów. Jak tam wrócą? Nie, chwila... Jak Emily tam wróci, bo Thomas... No właśnie.
Dziewczyna spojrzała na nieżywego przyjaciela, który leżał na czarnej mgle, a po jej policzkach ponownie spłynęły łzy. Nagle usłyszała, jak Arcanum mówi:
- Nie rozklejaj się. Wszystko da się naprawić.
Nie zdążyła zapytać, co to ma znaczyć, bo kobieta popchnęła ogromne, drewniane drzwi, a przed nimi pojawił się wielka sala, podobna do tej, w której ostatni raz jedli, tylko było tam więcej obrazów, niestety żadnych okien. Usiadły na skórzanych kanapach, w kolorze kawy, a chłopak nadal unosił się w powietrzu. Jednak po chwili leżał już na dywanie.
- Co pani miała na myśli? - zebrała się wreszcie na odwagę Emily i spytała, bo miała dosyć niewiedzy oraz ciszy.
- Wyjaśnię ci wszystko później. - odpowiedziała Arcanum, a w jej oczach pojawiły się iskierki. Była wyraźnie czymś podniecona oraz zaintrygowana - A teraz musimy ogarnąć twój wygląd. Najlepiej jakaś sukienka, nowy makijaż i fryzura...
- Pani chyba żartuje? - powiedziała zdziwiona dziewczyna, rozbawiona tą sytuacją. - Przecież i tak wszystko zniszczę.
Arcanum wstała, pstrykając przy tym palcami, a obok pojawiło się ogromne lustro, kilka dużych szaf, rzeczy do robienia rozmaitych fryzur oraz makijażu. Otworzyła jedno z mebli, grzebiąc pomiędzy stertą ubrań rękami.
- Chyba, że przeniesiemy cię prosto do celu. - odpowiedziała wreszcie, przyglądając się uważnie jasnej sukni.
- Ale to nie miałoby najmniejszego sensu. - powiedziała zdezorientowana Emily, gestykulując dłońmi - Gdy trafię do celu i tak czeka mnie walka, czy coś podobnego, a sukienka na pewno mi utrudni swobodne poruszanie się.
- Zwyczaje nie zawsze nimi są. To, że musiałaś walczyć do tej pory, nie znaczy, że będziesz musiała bić się tam. - dziewczyna wyraźnie nic z tego nie rozumiała, a gdy Arcanum spojrzała na nią, dostrzegła to, więc dokończyła w dość niesprecyzowany sposób -  Wystarczy, że oczarujesz strażnika.
Emily wytrzeszczyła oczy. Miała flirtować? Chyba sobie z niej żartowali? W dodatku, kobieta na pewno nie pomoże jej za nic. To wszystko było zbyt podejrzanie. Poza tym nie mogła pójść bez Thomasa.
- Nie pójdę bez przyjaciela. - dodała prędko, widząc zadowoloną minę kobiety.
Ona tylko przewróciła oczami i podparła się pod bok, po czym powiedziała spokojnie, lecz już wyraźnie ze zniecierpliwieniem:
- Mówiłam ci, że wszystko można naprawić. Gdy samochód się psuje, naprawiamy go i, wtedy działa, czyli jakby otrzymuje drugą szansę. Dlaczego Thomas miałby jej nie dostać?
Do dziewczyny trafił sens tych słów z taką siłą, że o mało co nie zasłabła. Chłopak miał żyć? To było zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Miała ochotę rzucić się ze szczęścia na szyję kobiety. Gdy wstała, żeby to zrobić, Arcanum uniosła dłoń, gasząc przy tym jej entuzjazm, jak przy dotknięciu czarodziejskiej różdżki. Wiedziała, że coś się święci.
- Może wrócić do żywych, to fakt. - powiedziała kobieta dojrzałym głosem - Ale tylko, jeżeli ty wyrazisz swoją zgodę. - Emily miała ochotę wykrzyczeć, że się zgadza... Ale była pewna, że by ją to drogo kosztowało, więc wolała poczekać, aż dokończy swoją przemowę jej nowa znajoma - Jednak będziecie mi oboje dłużni przysługę. Gdy nadejdzie czas, pomożecie mi wrócić na Ziemię. Tylko to. A wtedy twój przyjaciel wróci do ciebie i pozostałych. Lecz tylko wtedy, gdy się na to zgodzisz. To jak? - wyciągnęła dłoń przed siebie, czekając aż dziewczyna odpowie takim samym gestem.
Emily zastanowiła się. Co się stanie, jeżeli Arcanum wróci na Ziemię? Dlaczego jej, tak na tym zależało? Mogła rozmyślać nad tym godzinami, szukając odpowiedzi, pomimo że dobrze wiedziała, iż jej nie znajdzie, a widząc zniecierpliwioną minę kobiety, nie miała zamiaru czekać, aż się rozmyśli. Życie Thomasa było ważne dla wszystkich. Uścisnęła jej dłoń.
Arcanum zaśmiała się triumfalnie, a jej oczy rozbłysły. Po chwili powiedziała:
- Wspaniale. A teraz... Wybierzmy dla ciebie ubranie.


***

Emily przeszukiwała szafy z ubraniami w ciszy, kompletnie nie wiedząc czego szukać. Nie wiedziała, czy będzie w stanie kogokolwiek uwieść. W dodatku Thomas nadal nie ożył, co zaczynało ją niepokoić. Ale skoro Arcanum, tak bardzo zależało na powrocie na Ziemię, to powinna dotrzymać układu. 
Ukradkiem zerknęła na kobietę. Miała dumną minę, gdy spoglądała na różne przyrządy do robienia makijażu. Wyglądała, jak królowa. Może nią była? Może była zła, a może dobra? Po prostu jedna, wielka, stojąca niewiadoma.
Emily nadal nie była pewna z kim miała do czynienia. Mogła właśnie stać na krawędzi życia, a śmierci, ale uważała, że warto było spróbować.
- "Dla Thomasa, dla Thomasa..."- powtarzała sobie w głowie, gdy dopadały ją chwile zwątpienia, że jej się uda. Niespodziewanie zawołała ją Arcanum i kazała usiąść na krześle przed lustrem, które było otoczone dookoła lampkami świątecznymi, migającymi na zmianę granatowym i białym kolorem. Czy to są ulubione kolory kobiety?
Arcanum zaczęła rozczesywać włosy Emily, a ta przyglądała się sobie w lustrze. Rzadko zdarzało jej się tak tragicznie wyglądać. Tylko siedziała i nic nie mówiła, a kobieta robiła swoje. Cudem nie zasnęła, tak długo trwało czesanie i malowanie.
Gdy chciała stanąć przed lustrem, Arcanum zasłoniła je swoim płaszczem i powiedziała, że to ma być niespodzianka. Emily wzruszyła beznamiętnie ramionami, wciąż myślami będąc przy Thomasie, Carze oraz Joshu. Nowa znajoma zaprowadziła ją przed szafę i wyjęła z niej kilka sukienek... Najpiękniejszych sukienek, jakie dziewczyna w życiu widziała.
Jedna sięgała, aż do ziemi, była koloru jasnego różu. Od pasa w dół miała śliczne fale, za to góra nie miała rękawów, a na dekolcie widniały śliczne różyczki, które były niesamowitą ozdobą.
Od drugiej biła świeża biel. Była czymś w rodzaju sukienki koktajlowej. Ślicznie uszyta okazywała się pięknie. Na grubych ramiączkach poprzyszywane były srebrne kryształki, podobnie jak na dekolcie, które w magiczny sposób odbijały światło.
Trzecia była jasnoniebieska [KLIKNIJ TUTAJ]. Ten kolor... Przypominał Emily kolor oczu jej mamy. Momentalnie zachciało jej się płakać, ale się powstrzymała. Najczęściej nie była beksą. Nie chciała zniszczyć starań Arcanum, która długo i bez wytchnienia dopracowywała jej nieskazitelny makijaż. A więc trzecia suknia sięgała do ziemi. Biło od niej coś, czego nie było w żadnym innym ubraniu. Lekko pofalowana na dole, nie posiadała rękawów. Prezentowała się tak zjawiskowo... Na pewno każda gwiazda Hollywood chciałaby ją założyć na czerwony dywan.
Kobieta najwyraźniej zauważyła zachwyconą minę dziewczyny, bo uśmiechnęła się tajemniczo, a następnie postawiła parawan, za którym zaczęła przebierać się Emily.
Dziewczyna założyła najpierw jasnoróżową. Nie mogła się dostrzec w lustrze, bo było zasłonięte, lecz była pewna, że nie musi dalej przymierzać. Jednak Arcanum pokręciła przecząco głową i kazała założyć następną, czyli białą. Ta sukienka była idealna. Oddawała w Emily wszystko, co najlepsze. Jednak dziewczyna czuła się w niej nieswojo i podzieliła zdanie kobiety, aby założyć następną.
Gdy Emily zapięła zamek w niebieskiej sukni, poczuła przyjemny zapach. W tym ubraniu czuła się idealnie. Miała wrażenie, że jest wolna, ten kolor przypominał jej taflę morza, rozciągającą się za horyzont. Była wolna. Uśmiechnęła się do siebie i wyszła pokazać się Arcanum.
Ta wstała z fotela, uśmiechnęła się uwodzicielsko i zaklaskała w dłonie.
- Idealnie! - krzyknęła uradowana, lecz nadal opanowana - Wyglądasz, jak księżniczka z rodu Regius!
Gdy tylko wypowiedziała to nazwisko jej mina zbladła, ale po chwili znów wrócił tajemniczy uśmiech. Jednak Emily to dostrzegła. Zastanawiała się nad tym chwilę, gdy kobieta poszła poszukać czegoś w następnej szafie, lecz nic nie wyskrobała z pamięci.
Po chwili pojawiła się Arcanum z granatowymi butami na wysokich obcasach [KLIKNIJ TUTAJ]. Dziewczyna zrobiła duże oczy, po czym powiedziała:
- Zabiję się w tym.
- Spokojnie. - odpowiedziała tajemniczo kobieta, kładąc "buty śmierci" przed dziewczyną - Poradzisz sobie.
Emily spojrzała na nią niepewnie, lecz posłusznie włożyła stopy do obuwia. Poczuła, jakby urosła w jedną sekundę kilkanaście centymetrów, a następnie zachwiała się i prawie upadła, próbując zrobić krok. Opierała się chwilę o Arcanum, ucząc się chodzić, jak mały bobas. Po kilku minutach chodziła już zgrabnie, bez potknięć, ani wywrotek. Miała wrażenie, że porusza się, jak jej doradczyni, stojąca obok. Delikatnie oraz zmysłowo. Nigdy się tak nie ubierała. Może wreszcie nadszedł czas?
Na koniec Arcanum podała jej naszyjnik i kolczyki ze ślicznych, niebieskich kryształów, które wspaniale mieniły się w świetlne [KLIKNIJ TUTAJ]. Wreszcie Emily mogła się zobaczyć w lustrze.
Czuła się, jak w jakimś beznadziejnym serialu, gdy stała na przeciwko zasłoniętego lustra, czekając, aż kobieta zdejmie swój płaszcz. Po tym, jak to nastąpiło, Emily skamieniała. Wyglądała idealnie. Nigdy nie sądziła, że może okazać się, tak piękna. Jej kolor oczu podkreślał delikatny makijaż, wręcz niewidoczny oraz kolor sukni. Wydawała się pełna wdzięku oraz gracji... Jak prawdziwa księżniczka. Zakręciła się dookoła dla zabawy, a jej sukienka uniosła się lekko do góry, pod wpływem powietrza.

- Teraz to tylko diademu mi brakuje i będą brali mnie za córkę królowej. - powiedziała z rozbawieniem. Dla niej jej mama była królową.
Arcanum zaśmiała się tajemniczo, po czym podeszła do niej i zaczęła mówić, dość poważnym tonem, w którym dało się wyczuć podstęp, chwytając zimną dłonią, dłoń dziewczyny:
- Musisz zapamiętać: właśnie w diademie ukryty jest Kryształ Aniołów. Nie mogłabyś szukać tej ozdoby na głowę sama, bo w życiu byś ich nie rozróżniła, gdyż dla zmyłki jest ich kilka. Tylko strażnik wie, który to i tylko on może ci go podarować, a wtedy wiejesz i po sprawie. Ale dostaniesz go tylko wtedy, gdy on się w tobie zakocha.
Emily zatkało. Mieli mało czasu, a ludzie i inne stworzenia z natury nie były, aż na tyle kochliwe, żeby zakochać w... Dzień? Jednak nie zdążyła o to zapytać, bo usłyszała za sobą kaszel i jednocześnie z Arcanum powędrowały wzrokiem za dźwiękiem.
Emily wstrzymała oddech. Zobaczyła jak Thomas kaszle, podpierając się na przedramionach. On żył... Ożył, tak jak obiecała kobieta. Dziewczyna nie była w stanie opanować się ze szczęścia. Chwyciła rąbki sukienki, podnosząc ją lekko nad ziemię, aby się nie potknąć i szybkim krokiem ruszyła w stronę przyjaciela. Cudem się nie zabiła. Modliła się w duchu, żeby przypadkiem nie miała zwidów. Zatrzymała się mniej więcej trzy metry przed chłopakiem, wciąż obawiając się, że zniknie, jak mgła.
Nagle Thomas popatrzył na nią, a w jego oczach pojawiły się iskierki. Uśmiechnął się, ale szczęka przy tym opadła mu lekko w dół. Usiadł wciąż wpatrując się w dziewczynę, a po policzkach Emily spłynęły pojedyncze łzy szczęścia. Uśmiechnęła się lekko, podeszła bliżej chłopaka i uklękła obok niego. Patrzyli sobie w oczy przez chwilę, a zaraz potem śmiali się w swoich ramionach, jakby zostawili za sobą wszystkie straszne wydarzenia.

- Jeszcze raz mnie zostawisz głupku, to nie ręczę za siebie. - wyszeptała Emily, wciąż wtulając się w przyjaciela. Oboje mieli na twarzach wymalowane uśmiechy, które z pewnością przez dłuższy czas nie znikną.
Thomas zaśmiał się, głaszcząc dziewczynę po włosach z czułością i odpowiedział z mocą oraz powagą w głosie, którą tylko Emily była wstanie wyczuć:
- Już nigdy.
- Nigdy. - powtórzyła, jak echo, wciąż jakby skąpana w morzu szczęścia.

____________________________________________________________

 Tarata-dam! Jestem!
Skończyłam rozdział, mam nadzieję, że się spodobał, bo osobiście uważam, że nie jest taki zły... Chociaż mógł być lepszy.
Ale przynajmniej jest ^^.
Liczę na was! Piszcie to, co sądzicie w komentarzach! Czekam na wasze opinie ;)! ♥ Zawsze biorę je sobie do serca <3 nbsp="" p="">Pamiętajcie o OBSERWACJI   oraz PYTANIU BOHATERÓW! Nie zapominajcie o tym :)
Więc komentujcie, obserwujcie, pytajcie, wchodźcie, polecajcie i inne takie, a ja myślę nad kolejnym rozdziałem!
Do poczytania! ♥

niedziela, 15 czerwca 2014

Rozdział XI

Miłego czytania! ♥
_____________________________________________________________________

*Thomas i Emily*


Emily biegła przed siebie ile sił miała w nogach, ale czuła z każdą sekundą, że biegnie coraz wolniej. Ale był z nią Thomas, co dodawało jej odwagi oraz tej złudnej nadziei, że może uda im się przeżyć. Ludzie mówią, że nigdy nie należy robić sobie zbędnej nadziei, ale akurat w tym przypadku była im ona potrzebna zwłaszcza, że cel był szczytny. Musieli uratować Mysterium. Dziewczynę zastanawiało, dlaczego zgodziła się na to wszystko, skoro nie miały dobrych relacji. Trudno było jej przyjąć do świadomości, że zaraz może zginąć dla osoby, która okazuje, że ma ją w głębokim poważaniu. Ale jednego była pewna - nie byłaby w stanie odmówić udzielenia pomocy Mysterium. Wiedziała, że miałaby ją na sumieniu do końca swoich dni. Zwłaszcza po rozmowie z Lunem, z której wynikało, że to ona jest po części temu nieszczęściu winna.
Nie mogła dłużej myśleć, bo potknęła się i upadła, puszczając dłoń Thomasa. Chłopak zatrzymał się i pomógł jej wstać, lecz nie zdążyli ponownie uciekać, bo jeden z wielkich pająków przeskoczył nad nimi i zagrodził im ich jedyną drogę ucieczki.
Dziewczynę przeszły ciarki na sam widok owłosionego oraz obrzydliwego stworzenia z ośmioma nogami i ośmioma oczami, a zrobiło się o wiele nieprzyjemniej, gdy wokół ich stóp zaczęła zbierać się mleczna mgła. Wiedziała, że pozostałe potwory są już blisko. Chciała coś wykombinować, ale musiała uchylić się na bok, gdy pająk rzucił się na nich.
Thomas zaczął machać do niego oraz zaczepiać go, żeby zwrócić na siebie uwagę, dzięki czemu dał jej czas. Emily miała wrażenie, że czytają sobie w myślach.
Korzystając z okazji, rozejrzała się w skupieniu gorączkowo. Dostrzegła w oddali rozgałęzienie dróg labiryntu. Nie miała najmniejszego pojęcia, którą z dwóch mają pobiec, więc postanowiła zdać się na instynkt. Spostrzegła przyjaciela, który właśnie zabijał swojego przeciwnika. Była zaskoczona, że tak dobrze sobie radzi. Spojrzeli na siebie, a gdy ich wzrok się spotkał, ponownie doznała wrażenia, jakby czytali sobie w myślach. Podbiegła do chłopaka i chwyciła jego dłoń, po czym pociągnęła prędko przed siebie, kierując się ku dwóm ścieżką. Zebrali się w samą porę, bo stado potworów właśnie znalazło się w zasięgu ich wzroku.
Emily nie słuchała tego, co mówił Thomas. Była zbyt skupiona na wytężaniu zmysłów, żeby móc podzielić swoją uwagę. W tej chwili liczyło się dla niej tylko to, aby skręcić w odpowiednią ścieżkę. Nie mogła wyrecytować wyliczanki, tak jak robiła to w dzieciństwie. Im bliżej rozstaju byli, tym bardziej opuszczało ją przekonanie oraz odwaga. Gdy miała już skręcić, gwałtownie się zatrzymała. Mgła wyraźnie zrobiła się gęstsza oraz podniosła się, chociaż nie przebiegli więcej nić dwieście metrów.
Dziewczyna przyjrzała się uważnie dwóm drogą, szukając jakiegoś najdrobniejszego szczegółu, który byłyby ją w stanie nakierować, na odpowiedni wybór. Z zadumy rozbudziło ją energiczne potrząsanie jej ramienia przez przyjaciela, który nie patrzył na nią, tylko w głąb mgły, skąd dochodziły niepokojące dźwięki... Ale cisza, która zaległa chwilę później była jeszcze straszniejsza.
- Wydaje mi się, - wyszeptał - że powinnaś się pospieszyć, bo lada moment zostaniemy zaatakowani... A ja nigdy nie chciałem skończyć, jako schabowy dla pająków, niczym robak.
Emily posłusznie pokiwała głową, zerknęła z zaniepokojeniem za siebie, ale czym prędzej znów skupiła uwagę na drodze, którą mieli pójść. Niestety nie była w stanie myśleć jedynie o jednej rzeczy, bo do jej głowy napływała teraz tona emocji, głównie nieograniczony strach, wzrastający z ogromną siłą w każdej sekundzie. Jeden szelest w tej potwornej, niemożliwej ciszy pobudzał w niej wszystkie zmysły, a serce zaczynało walić jak szalone.
Nie zdążyła wybrać, bo nieoczekiwanie skoczył na nią wielki pająk, którzy zaczął owijać ja w kokon ze swoich nici, ale Thomas szybko zareagował, zabił pająka mieczem, przez co krew rozprysła się dookoła, po czym oswobodził przyjaciółkę, której było niesamowicie niewygodnie. Jednak po chwili rzuciły się na nich dwa kolejne potwory, a oni nie mieli już ani chwili, żeby decydować, którą ścieżką pójdą dalej. Wątpili w to, że chociażby przeżyją to stracie, bo z każdej strony napływała coraz większa liczba stworzeń.
Emily zabiła dwa pająki, po długiej walce z nimi i odwróciła się. Wiedziała, że musieli już uciekać, ale nie miała pojęcia, gdzie. Nagle dostrzegła w oddali błysk, który zwrócił jej uwagę natychmiastowo, co ją cieszyło. Tutaj było się zmuszonym zwracać uwagę na najmniejsze szczegóły. Chciała pociągnąć chłopaka do siebie, ale nie odnalazła jego dłoni w pobliżu. Rozejrzała się z przerażeniem i dostrzegła go. Jeden pająk owijał go właśnie w kokon.
Dziewczyna nawet nie wiedziała, kiedy zabiła pająka, który stanął jej na drodze, później następnego i wreszcie tego, który chciał zjeść jej przyjaciela na obiad. Skoczyła mu na grzbiet od tyłu i wbiła swój miecz. Pająk wydał dziwny jęk, a następne upadł na ziemię, a ona zeskoczyła z niego, po czym oswobodziła chłopaka.
Pomogła mu wstać i, gdy już ruszali biegiem w stronę drogi,  Thomasa przygniótł jeden z ostatnich pająków. Emily rzuciła się na niego, ale zanim go zabiła, potwór zdążył ugryźć jej przyjaciela w ramię, po czym umarł, przebity mieczem dziewczyny. Wyciągnęła spod wielkiego ciała Thomasa, który wyraźnie pobladł, a z dwóch dziurek, które widniały na jego ramieniu, ciekła krew. Emily chciała opatrzyć ranę, lecz kolejny pająk zaczął gnać w ich stronę, więc oni biegiem weszli na wybraną przez dziewczynę drogę. Mieli zamiar uciekać dalej, ale chłopak wywrócił się, zaczął kaszleć, jakby coś go gwałtownie osłabiło i nie mógł wstać. Przyjaciółka uklękła koło niego, a następnie popatrzyła w stronę pająka, który skoczył na nich. Zamknęła oczy, czekając na śmierć, ale usłyszała tylko dziwny dźwięk, jakby uderzenie piłki o szybę. Uchyliła powieki i zobaczyła, jak potwory próbują przedostać się do nich, ale uniemożliwia im to niewidzialna tarcza.
Emily uśmiechnęła się do siebie, bo wiedziała, że dobrze wybrała, jednak mina jej zrzedła, gdy spojrzała na Thomasa. Leżał na plecach oraz oddychał głośno, a jego klatka piersiowa unosiła się gwałtownie. Cały zbladł, a rana po zębach pająka wyraźnie pogorszyła swój stan. Zaczęła wydostawać się z niej biała piana z krwią. Do dziewczyny dotarł ten przerażający fakt, że jej przyjaciel został jadowicie ugryziony, przez co teraz umiera, najprawdopodobniej za kilkanaście minut nie będzie go już na tym świecie, a ona nie miała ani jednego lekarstwa.

- To wszystko moja wina. - wyszeptała cicho, klęcząc nad półprzytomnym Thomasem, a łzy kapały na policzki jej przyjaciela.



*Josh i Cara*


Cara obudziła się gwałtownie i złapała odruchowo za szyję w obawie, że ktoś ją dusi. Miała nocny koszmar. Cieszyła się, że wstała. Bo kto normalny chciałby zostać w śnie, który był na prawdę realistyczny, lecz niestety nie optymistyczny, bo była ścigana, a później duszona. Pewnie została jej jakaś trauma po ostatnim incydencie z "ktosiem". Przekręciła się na plecy, bo całą noc spała na jednym boku, co wyraźnie odbiło się na niej, bo odezwał się uciążliwy ból. Zdecydowanie tego nie znosiła. Gdy chciała przekręcić się z pleców na kolejny bok, jej twarzy zatrzymała się kilka centymetrów przed twarzą Josha, więc wstrzymała oddech. Kompletnie ją to zaskoczyło. Podniosła się pomału, żeby nie obudzić drzemiącego przyjaciela. Najprawdopodobniej nie śniły mu się żadne koszmary, bo spał w najlepsze. Nagle zaczął coś bełkotać, a dziewczyna podsłuchała:
- Zostaw tą deskę klozetową! - mówił przez sen.
Cara nie wytrzymała i zaczęła się śmiać. Komu normalnemu śnią się deski klozetowe? Postanowiła obudzić przyjaciela, pomimo że tak słodko spadł, bo musieli dotrzeć do celu. Nadal rozbawiona jego słowami, szturchnęła jego ramię kilka razy, aż wreszcie przeciągnął się na ziemi, przetarł zaspane oczy i podniósł się siadając koło niej.
- Czemu tak dziwnie na mnie patrzysz? - spytał ziewając przy tym.
- Fajne rzeczy mówiłeś przez sen. - zachichotała dziewczyna - Miło śnić o kiblach?
Josh zaśmiał się cicho, po czym odpowiedział:
- Nie bardzo. Zwłaszcza, gdy śnią ci się latające desety i sikający mężczyźni.
Cara popatrzyła na niego ze zdziwieniem, a później ze śmiechu, aż rozbolał ją brzuch. Nie mogła uwierzyć, że spała koło kogoś, komu poprzewracało się chyba po walce coś pod sufitem.
Po chwili chłopak podniósł się z ziemi i otrzepał z siebie kurz, a następnie pomógł wstać przyjaciółce. Chwycili swoje miecze i prędko ruszyli podziemnym korytarzem. Po drodze rozmawiali o śnie Josha. Nie do wiary, jak banalne rzeczy potrafią poprawić humor człowiekowi. Gdy chłopak zaproponował, żeby Cara opowiedziała swój sen, jej mina gwałtownie zmieniła wyraz. Nie bardzo chciała do tego wracać. Od razu przed oczami pojawiały się obrazy z tego koszmaru.
Dziewczyna głośno przełknęła swoją ślinę, po czym odruchowo przejechała dłonią po swojej szyi. Zauważył to chłopak i jego mina też zrobiła się bardziej niewyraźna. Nie dało się z niej odczytać, jakie duszą się w nim teraz emocje oraz uczucia.
Cara dopiero teraz dostrzegła, że ma lekkie obtarcia w tym miejscu, gdzie przyduszał ją "ktoś". Znów przypomniało jej się tamto wydarzenie.
Patrzyła kątem oka na Josha, który zaciągał lwa, gdzieś dalej, a ona walczyła z drugim. Dawała sobie z nim radę, chociaż nie było łatwo, a niespodziewanie potwór przestał atakować i po prostu odszedł od niej. Ona podążyła za nim niezrozumiałym wzrokiem, nie wiedząc, co to znaczy. Nagle usłyszała za sobą szmery, odwróciła się, a z cienia z głębi korytarza wyszedł najprawdopodobniej mężczyzna w ciemnej szacie, a głęboki kaptur zakrywał jego twarz. Cofnęła się do tyłu ze strachu. Od tego kogoś biło przerażenie, które dotarło do Cary i rozprzestrzeniało się w jej umyśle, z każdym krokiem mężczyzny w jej stronę. Straciła panowanie nad sobą, dłonie zaczęły jej się trząść, w głowie mącić, a przed oczami ciemnieć. Nie była w stanie podnieść miecza, który niespodziewanie stał się niemożliwie ciężki. Gdy chciała krzyknąć, "ktoś" złapał ją za szyję i przywalił do ściany, dusząc. Wtedy była przekonana, że to koniec. Była w stanie pogodzić się ze śmiercią zwłaszcza, że ginęła w słusznej sprawie, ale nie mogła pogodzić się z faktem, że nie zdąży pożegnać się z rodziną oraz przyjaciółmi. Nie chciała się poddawać, więc zaczęła się wiercić, żeby uścisk mężczyzny stał się lżejszy, ale on tylko się nasilał, a ona nie mogła już oddychać. Po jej policzku zaczęły spływać łzy. Spojrzała ostatkiem sił w stronę Josha, który zabijał właśnie lwa, a mężczyzna w płaszczu odezwał się po raz pierwszy spokojnym, opanowanym, cichym, ale też złowieszczym głosem: "Nie chciałem tego robić. Przykro mi, że muszę cię zabijać po raz drugi. Ale tym razem nikt ani nic cię nie uratuje".
Te słowa były dla Cary, tak znajome, a jednocześnie obce, że nie miała pojęcia, co o tym myśleć. W każdym razie, właśnie wtedy wtrącił się Josh, ale ona była już na wpół świadoma. Dosłownie w ostatniej chwili do jej płuc dotarł tlen, co było dla niej wybawieniem oraz niewyobrażalną ulgą. Później ledwo co już pamiętała, przynajmniej nie czuła już bólu.
Powróciły do niej te słowa. Dopiero teraz dotarło do niej, że to, co powiedział "ktoś", całkowicie odnosiło się do niej, choć nie mogło być to możliwe. Nie pamiętała tego mężczyzny, nie pamiętała, żeby kiedykolwiek ktoś próbował ją zabić.
Zatrzymała się, nawet o tym nie wiedząc. Po chwili dotarło do niej pytanie chłopaka:
- Dlaczego stanęłaś?
Ona spojrzała na niego, a do jej oczy napłynęły łzy. To było niekontrolowane, nie mogła powstrzymać szlochu. Przetarła zapłakane oczy dłońmi, a Josh patrzył na nią ze współczuciem oraz niezrozumieniem. Nagle chwycił jej dłoń, a ona poczuła, że ma w nim wsparcie. Ucieszyło ją to, więc pojawił się na jej twarzy niewyraźny uśmiech. Była pewna, że może mu zaufać. Przytuliła się do niego i stali tak chwilę, a po krótkim czasie już opanowana powiedziała do niego:
- Ten mężczyzna w czarny płaszczu, który mnie chciał wtedy udusić, powiedział... - wzięła głęboki wdech, żeby móc się opanować - Powiedział, że już kiedyś próbował mnie zabić.



*Thomas i Emily*


Thomas praktycznie nie był świadomy tego, co się dzieje. Leżał na ziemi półprzytomny i nie był w stanie nic zrobić. Gdy tylko próbował się poruszyć, jego ciało odmawiało posłuszeństwa, a na ramieniu czuł nieprzyjemne rwanie. Do tego słyszał szloch Emily. Chciał ją przytulić, pocieszyć, ale nie mógł. To było w tym wszystkim dla niego najgorsze. Pamiętał, jak ugryzł go przed chwilą pająk, co było potwornie nieprzyjemne, a później słabł z każdą sekundą, aż w końcu wyczerpany upadł na ziemię.  Dotarło do niego, że najprawdopodobniej umiera, bo został zatruty jadem. Mimo tego, że nie miał siły, żeby wypowiedzieć ani słowa, skarcił się w duchu za to, że tak się dał.
Poczuł na policzku coś mokrego, jakby krople deszczu, ale nie mógł padać deszcz, skoro kapał pojedynczo i jedynie na jego twarz. Chciał zobaczyć, co się dzieje, lecz nie mógł. Co za beznadziejne położenie, a zwłaszcza, że czuł się, jak kaleka. Nie był w stanie wytrzymać szlochu przyjaciółki, musiał ją jakoś pocieszyć. Wezbrał w sobie całą resztkę siły, jaką miał i uchylił powieki, wręcz niewidocznie, a następnie wolno natrafił na dłoń dziewczyny, którą ścisnął lekko. 
Emily popatrzyła na niego zaczerwienionymi oczami od płaczu. On uśmiechnął się lekko i powiedział:
- Nie płacz.
- Jak mam nie płakać, gdy ty umierasz z mojej winy? - odpowiedziała z załamaniem w głosie.
- "Czyli umieram?" - spytał się w duchu chłopak, bo nie miał już na nic siły i znowu leżał, jak martwy, mimo że był świadomy. 
Nagle przestał już czuć jakikolwiek ból, otworzył oczy i okazało się, że normalnie stoi koło Emily, która płakała głośno i wciąż mówiła jego imię. Chciał koło niej stanąć, powiedzieć, że żyje, ale gdy zwrócił się w jej stronę, jego ciało przeniknęło przez dziewczyny, a słowa stały się dla niej niedosłyszalne. Zastanowił się, więc nad kim tak płacze jego przyjaciółka, skoro on żyje i wtedy zobaczył siebie. Właściwie swoje blade ciało, a na ramieniu ranę po zębach pająka. Dotarła do niego ta potworna świadomość. Dotarło do niego, że nie żyje. Po jego policzku ściekły łzy. Nie chciał w to wierzyć, nie był w stanie w to uwierzyć. Nie mógł zostawić samej Emily. Nagle stanęła koło niego kobieta w ciemnej, granatowej todze do ziemi, podobnej do tych, w których byli przedstawiani greccy bogowie, a na ramionach miała czarny, zwiewny płaszcz. Jej blada skóra zdawała się być przezroczysta, a czarne oczy przypominały karaty. Miała ciemnie włosy, splecione w gruby warkocz, a na głowie złoty diadem. Stała przed nim i właściwie wzięła się znikąd.
- Jak to jest patrzeć na swoje martwe ciało, Thomasie Willu? - spytała płynnym oraz zwiewnym głosem, a jednocześnie przepełnionym podstępem. 
Chłopaka zdziwiło to, że kobieta przemawia do niego, do niego w sensie, że niezmaterializowanego, niewidocznego oraz niesłyszalnego dla innych. Jednak skoro mówiła do niego, to najwyraźniej była w tym innym świecie, co on, więc odpowiedział:
- Wolałbym teraz sto razy bardziej być w moim ciele i odczuwać ból, niż sterczeć tutaj i patrzeć na siebie martwego... Czy zostanie mi po tym jakaś trauma?
Kobieta zaśmiała się tajemniczo, po czym powiedziała:
- Nazywam się Arcanum i jestem Panią tego wymiaru. 
- A wiesz może, jak się z tego wymiaru wydostać? - spytał chłopak.
- Możliwe.
- A mogę wiedzieć?
- Możemy pójść na układ. - powiedziała przebiegle kobieta, przerzucając płaszcz za ramię i odsłaniając togę - Ale tylko, jeżeli obie strony się zgodzą.
Thomas popatrzyła na nią niezrozumiale. Jakie obie strony? Nie znał Arcanum ani trochę, ale był pewny, że nie jest uczciwą osobą, albo przynajmniej nie powinien jej ufać.  
- Jakie obie strony? - spytał niepewnie, przyglądając się uważnie kobiecie, od której wyraźnie bił podstęp, ale też duma oraz wygląd królowej. 
- Ty i twoja zdruzgotana przyjaciółeczka Emily Jackson. - uśmiechnęła się urzekająco i wskazała na płaczącą dziewczynę.
Thomasowi zrobiło się żal przyjaciółki, gdy tylko ją widział w tym stanie. Nie mógł dłużej znieść myśli, że jest martwy, więc chciał, jak najszybciej wrócić do żywych. 
- No dobra... - odpowiedział niepewnie - A jaki układ?
Arcanum podeszła do chłopaka, stawiając zwiewnie krok za krokiem, jakby bała się, że coś pod jej stopami może się zawalić, gdyby nie poruszała się delikatnie, jak piórko. Swoimi ciemnymi oczami patrzyła pewnie prosto w oczy Thomasa, jakby szukała w nich odpowiedzi, na jakieś swoje pytania. Chłopak musiał przyznać, że była piękna.  Nagle powiedziała:
- W tym świecie, do którego trafiliście najczęściej panuje zasada "coś za coś". Jestem w stanie przywrócić cię do żywych, albo odesłać do świata, gdzie czeka na ciebie ostateczny wyrok. - kobieta jedną dłonią wskazała prawą stronę, gdzie ukazały się białe wrota, a drugą lewą, gdzie leżało jego ciało i płakała Emily - Ludzie po śmierci najczęściej idą przez Prawe Wrota, gdzie są sprawiedliwie sądzeni. Takie jest ich przeznaczenie, więc nic od niech nie oczekuje... Ale ożywić mogę tylko ja. Powrót do żywych nie jest łatwym zadaniem, nie uważasz? - spytała Arcanum Thomasa, który pokiwał tylko niepewnie głową, na znak, że się zgadza, a ona kontynuowała mówienie - Zrobię przysługę dla ciebie, oddając ci życie... Lecz wtedy ty i  Emily będziecie zobowiązani kiedyś oddać przysługę mi. 
- Chwila, ale dlaczego też Emily? - wtrącił chłopak.
- Tak wielka moc potrzebuje podwójnych środków. - odpowiedziała kobieta, z nutką rozbawienia w głosie.
- A jaka to przysługa? - spytał ponownie Thomas, któremu coraz mniej się to podobało.
Arcanum uśmiechnęła się chytrze, odsunęła od niego i zdjęła z siebie zwiewny płaszcz, zawieszając go w powietrzu - dosłownie. Rozłożyła narzutę w powietrzu, po czym stanęła koło chłopaka, przyglądając się temu, a następnie pstryknęła palcami. Na ubraniu pojawiły się obrazy. Jeden przedstawiał walkę potworów z Arcanum, jakąś płaczącą kobietę, szczęśliwą rodzinę z noworodkiem, jakiś świetlisty miecz i ponownie Arcanum wchodzącą w światło, które wydobywało się z wielkich wrót oraz wiele innych. Po chwili kobieta powiedziała:
- Muszę wrócić na Ziemię. Tam ktoś i coś na mnie czeka, a ja wciąż tkwię tutaj. Tylko wy jesteście w stanie mnie tam sprowadzić, gdy nadejdzie odpowiedni czas. Zwrócę ci życie Thomasie Willu, ale tylko wtedy, gdy ty oraz Emily zgodzicie się na przysługę dla mnie. Gdy zgodzicie się pomóc mi wrócić na waszą planetę, podczas ostatecznej próby. 
- Po co chcesz, tak bardzo wrócić na Ziemię? - spytał zaniepokojony chłopak, bo już całkiem się pogubił i nie był pewny, czy na sto procent jest w stanie wrócić do żywych. 
- Muszę. Tyle wiadomości ci wystarczy. To co, zgadzasz się? - zwróciła się teraz konkretnie, bez żadnego owijania w bawełnę Arcanum, wystawiając przed siebie dłoń. Jej ton bardzo spoważniał. 
Thomas miał teraz mętlik w głowie. W głupią rzecz się wpakował. Co miał teraz zrobić? Kobieta żądała od niego czegoś, co mogło zaważyć na losie świata. Ponownie dotarł do niego szloch Emily. Nie chciał dłużej tego słuchać, tak czy siak, będzie co będzie, więc uścisnął dłoń Arcanum. Ona uśmiechnęła się złośliwie, jej głos poniósł się echem dookoła pomimo, że nie otwierała ust, mówiąc: "Dobry wybór", po czym rozpłynęła się w powietrzu, tak jak stała. Chłopak został całkiem sam, słysząc obok płacz przyjaciółki.
  ______________________________________________________________________

Chciałam was bardzo przeprosić, że opóźniłam się z dodaniem rozdziału, ale w piątek byłam na wycieczce i wracałam dopiero pod wieczór w sobotę, niestety rozdziału nie mogłam dodać, bo był niedokończony, a niestety nie było, jak go skończyć, bo miałam Dni Świerzawy - święto mego miasteczkowego zadupia - i musiałam iść na dyskotekę XD. Wróciłam o 24 z przyjaciółką. Naliczyłyśmy, że było nas łącznie 26 osób :P. To INTEGRACJA STULECIA mówię wam ;D. W każdym razie lepiej nie wnikajcie, co ja tam jeszcze robiłam :). 
Więc jeszcze raz bardzo was przepraszam. Obyście mi wybaczyli ;) ♥. Przepraszam za błędy, jeżeli się pojawiły. Mam nadzieję, że nieźle wam się czytało ten rozdział :). Osobiście na prawdę mi się podobał ^^.
PYTAJCIE BOHATERÓW!!! ;D
To chyba tyle ;). 
Wyrażajcie koniecznie swoją opinię w komentarzach :)! 
Do poczytania! ♥

piątek, 6 czerwca 2014

Rozdział X

Życzę miłego czytania!
______________________________________
ODWAGA

*Thomas i Emily*

Emily szła za Thomasem schodząc po ledwo widzialnej skalnej półce, która nie całkiem mieściła jej stopę, więc do ściany odwrócona była twarzą i opierała się na niej dłońmi oraz brzuchem... Dlatego, że tak było łatwiej, ale również dlatego, że miała lęk wysokości, który, jak myślała, zwalczyła w dzieciństwie, ale jednak się myliła. Dziwiła się, jakim cudem Thomas porusza się tak zwinnie oraz szybko, zważając na to, że jest od niej większy. W każdym razie starała się stawiać stopy krok w krok za przyjacielem. 
Udało im się przymocować miecze do spodni, bo te spodnie były najwyraźniej do tego przeznaczone, przez co ich wspinaczka była przynajmniej odrobinę ułatwiona... No cóż, musieli znaleźć w tej dziurze nieszczęścia jakieś optymistyczne myśli, które blakły w zastraszającym tempie, gdy coraz bardziej zbliżali się do zamglonego wejście do labiryntu. Znajdowali się jakoś dwadzieścia metrów nad ziemią, gdy skalna półka, na której opierali swoje nogi skończyła się, a pod nimi widniało wejście do ich celu. 
- I co teraz? - spytała niepewnie Emily Thomasa, która spoglądał w dół, mocno zaciskając dłonie na kamieniach.  
Dziewczyna również spojrzała w dół. Patrzyli tak chwilę, gdy niespodziewanie odpadł ze skalnej ściany kamień, którego trzymała się Emily. Dziewczyna z zaskoczenia poleciała do tyłu, co było w tym położeniu najgorsze, co mogła zrobić. Natychmiast jej stopy osunęły się, a ona zaczęła lecieć w dół. Krzyknęła głośno, a w jej głowie huczała myśl o śmierci. Co się z nią później stanie? Nie chciała w żadnym przypadku opuszczać tego miejsca. 
Thomas opanowany z prędkością świata przykucnął, jedną dłonią złapał się jak najmocniej stabilnego kamienia, a drugą chwycił dłoń zdezorientowanej przyjaciółki, która o mało co nie pociągła by go za sobą. 
Emily zawisła w powietrzu, jej nogi powiewały bezwładnie. Bała się zrobić jakikolwiek ruch w obawie, że zsunie się w dół wraz z przyjacielem. Spojrzała na jego twarz. Była nieugięta, ale w jego oczach widziała, że już ledwo daje radę. Lekko przekręciła głowę szukając ratunku. Dostrzegła metr od niej kawałek półki skalnej. Musiała się tylko rozhuśtać i byłaby uratowana. Ale Thomas wpadłby w przepaść. Popatrzyła na niego i powiedziała drżącym głosem:
- Muszę złapać twoją dłoń obiema rękami i wtedy rozkołyszę się lekko, po czym wskoczę na podporę obok... Dasz radę?
Chłopak przełknął ślinę, po czym pokiwał głową. 
- Nie zrobi tego, nie da rady - pomyślała słabo dziewczyna. Nie chciała go zabić, musiała być inna deska ratunku, tylko jaka? Zerknęła niechętnie w dół, a przed jej oczami niebezpiecznie pociemniało. Nienawidziła swojej głupiej fobii. Wiedziała, że Thomas już ledwo wytrzymuje, czuła, jak jego siła z każdą chwilą słabła. - A może tak skoczyć? - w tej chwili do jej mózgu docierał tylko taki pomysł i to beznadziejny, bo nie mogli zginąć. 
Jej miecz odbił światło, przez co rzucił  się w oczy, co poskutkowało kolejnym pomysłem ratowania się z opresji. Mogła wbić miecz w ścianę skalną i podciągnąć się na nim... W każdym razie nic lepszego nie wymyśliła, więc podzieliła się planem z przyjacielem, który ledwo już dyszał.
- Gdy będę wyjmować miecz, - mówiła - musisz się mocno trzymać, przez wszystkie moje ruchy, a na koniec lekko pociągnąć mnie do góry... Wiem, że liczę na wiele, ale...
- Dam radę. - wtrącił szybko chłopak - Tylko pośpiesz się, błagam.
Dziewczyna pokiwała porozumiewawczo głową. Przekręciła się na brzuch, przez co strasznie zabolał ją nadgarstek, wyjęła ostrożnie miecz, który gwałtownie obciążył jej prawe ramię, policzyła w myślach do trzech i wbiła miecz w skałę. 
Na początku wszystko było w najlepszym porządku, sprawdziła czy miecz mocno się trzyma, spojrzała na przyjaciela i podciągnęła się mocno do góry, szamocząc po skałach nogami, a Thomas lekko ją podniósł.
Brakowało tych kilku centymetrów, gdy miecz zaczął się chybotać, po czym wypadł i zaczął spadać w dół... A za nim poleciała cała skalna półka, zabierając w odłamkach kamieni Thomasa i Emily, którzy zjeżdżali szybko w dół.
Dziewczyna krzyczałaby w niebogłosy, gdyby nie to, że chłopak przytulił ją mocno do siebie. 




*Cara i Josh*
(w tym samym czasie)


Josh jeszcze kilka razy uderzył w kamienie zagradzające im przejście, chociaż dobrze wiedział, ze nic to nie da. 
Cara stała i patrzyła na te głazy, jak na swoje przekleństwo. Gdy chłopak się opanował, podeszła do skały, kopnęła ją z całej siły, po czym krzyknęła:
- Nie wytrzymam!
I usiadła na ziemi. Miała dosyć, chciało jej się płakać. Dlaczego to zawsze im musi się przytrafiać? Często zdarzało jej się to w dzieciństwie, ale teraz to nie było konieczne, nie chciała wspominać tamtych czasów. 
Josh ukląkł obok niej, a po chwili pomógł wstać. Oboje podeszli do Arona i Luna, którzy najwyraźniej byli na równi zdezorientowani, jak oni. Pierwszy z szoku otrząsnął się Aron, spojrzał na przyjaciół, a Josh najprawdopodobniej nie wytrzymał, bo naszły go myśli, które sprowadzały się do jednego pytania:
- Jest inna droga?
- Oczywiście. - odpowiedział niespodziewanie Lun, a oni zwrócili wzrok na niego - Ale o wiele gorsza od tej. Skoro chcecie dotrzeć do środka labiryntu inną drogą, to ostrzegam... Nie będzie ani odrobinę prostsza. Jesteście pewni...
- Jesteśmy. - odpowiedzieli jednocześnie, po czym odruchowo na siebie spojrzeli. 
Josh uśmiechnął się słabo, a Cara odwzajemniła uśmiech. Lun wziął głęboki wdech, po czym przytulił przyjaciół, jakby miał ich już nigdy więcej nie zobaczyć, co wcale nie polepszyło im humorów i podszedł do ściany od swojej lewej strony. Zamknął oczy i przyłożył dłoń do powierzchni, po czym nastała cisza. Nagle z jego ręki zaczęło wydobywać się niebieskie światło, a korytarz zaczął się trząść, przez co z sufitu posypały się odłamki kamieni. 
Jakiś ostry natrafił na nieszczęśliwy policzek Cary i naciął jej lekkie rozcięcie, a ona odruchowo złapała się za krwawiące miejsce. 
Po chwili Lun podszedł do nich, a w ścianie pojawił się ciemny korytarz oświetlony nielicznymi pochodniami. 
- Ta droga nie była otwierana przez kilka setek lat... I żałuję, że musiałem ją otworzyć.
Josh popatrzył na niego niezrozumiale, ale po chwili otrząsnął się i wszedł razem z Carą do tunelu, zostawiając Arona z Lunem za sobą.
Przyjaciele, tak jak na przyjaciół przystało byli lojalni oraz można było na nich liczyć, dlatego Cara i Josh nie zamierzali zwlekać z pomocą dla Thomasa oraz Emily... Jednak zastanawiała ich myśl, czy przypadkiem oni nie będą tej pomocy potrzebowali bardziej.
Dziewczyna trzymała w dłoni miecz, podobnie jak chłopak i odruchowo odsłoniła nacięty policzek. Chłopak  spojrzał na nią, a jego oczy powiększyły się momentalnie, gdy zobaczył krew, która ściekała z jej brody na ziemię. 
- Co ci się stało? - spytał zatrzymując się i pokazując palcem na ranę.
- Nie wiem, czy powinniśmy się tutaj zatrzymywać. - odpowiedziała nie na temat. Nie chciała gadać o tym w jak nieudolny sposób to się stało, a z tym stawaniem w takim miejscu też miała niejaką rację, mimo że rana strasznie ją piekła. Ale chłopak tylko przejechał palcem po rozcięciu, a ona odruchowo się odsunęła, bo strasznie to ją zabolało. Musiało to dziwnie wyglądać.
Cara czasami żałowała, że nie była jak Emily. Dzielna, ładna, mądra, nieustraszona... A ona musiała być tą niezdarą. 
 - Nie za dobrze to wygląda. - powiedział Josh podchodząc do niej i patrząc w oczy. - Usiądź.
Dziewczyna nie miała takiego zamiaru, chwilę się sprzeciwiała, ale jednak posłuchała jego prośby i usiadła na twardej oraz chłodnej ziemi. Chłopak ukląkł koło niej, oddarł od kawałka swojej białej koszulki kawałek materiału, po czym wyjął butelkę wody utlenionej, którą o dziwo miał w kieszeni, wylał trochę na materiał i przyłożył do policzka przyjaciółki.
Cara wzdrygnęła się lekko, ponieważ zadrapanie potwornie bolało, ale wytrzymała. Po kilku minutach ruszyli dalej, a ją nadal szczypała rana, jednak przynajmniej miała teraz świadomość, że nie zajdzie zakażenie. Niezręcznie było jej tak iść i nic nie mówić, a bardzo dziwiła ją małomówność u Josha, który zawsze nadawał, jak katarynka. Postanowiła zacząć rozmowę.
- Zawsze masz przy sobie wodę utlenioną?
- Najczęściej. Zostało mi to po tym, jak na wakacje pojechałem nad morze, gdzie był hangar i byłem tam z przyjaciółką. Reszty nie pamiętam. Rodzice mówili, że uderzyła we mnie belka, a moja koleżanka zginęła. - zwierzył się chłopak
- Ja nie chciałam... - odpowiedziała ze zmieszaniem. Nie miała zamiaru wypytywać go o rzeczy, które były jego prywatną sprawą.
- Nic się nie stało. - wtrącił, szturchając ją przyjacielsko w ramię - Każdy ma swoje dziwactwa. Jakie jest twoje?
- Nigdy się nad tym nie zastanawiałam... Chyba mam bardzo dobre serce, zawsze protestuję przeciwko zabijaniu zwierząt i wojną... Chociaż sama biorę teraz udział w jednej. - odparła z zażenowaniem.
- Ale w słusznej. - powiedziała Josh, spoglądając pusto w przestrzeń, po czym zamilkł na dłuższą chwilę. 
Cara zastanawiała się, dlaczego chłopak, ma taki dziwny nastrój. Przeanalizowała wydarzenia... I chyba zrozumiała. Thomas był jego kuzynem, a ich relacje i tak się polepszyły, jednak, co z tego, bo nadal były fatalne. Dziewczyna dobrze wiedziała, że tym dwóm podobała się Emily, a Thomas miał teraz niepodważalną okazję, żeby się do niej zbliżyć, za to Josh tkwił tutaj z nią, czyli beznadziejnym przypadkiem. 
- Nie musisz się przejmować, przejdziemy ten labirynt z łatwością, a później powalczysz o względy Emily. - szturchnęła go łokciem w ramię, a on spojrzał na nią z rozbawieniem.
Nagle w jaskini zawiał ostry wiatr, który zgasił wszystkie pochodnie. Przyjaciele ustawili się do siebie plecami, rozglądając się dookoła i mając nadzieję, że jednak coś zobaczą w tych egipskich ciemnościach, ale widać było tylko ich miecze, które mieli przed sobą. Usłyszeli głośne ryki, krzyki, jęki. Gwałtownie wszystkie pochodnie znów zapłonęły, a oni powinni się z tego cieszyć, jednak w tej chwili przyjaciele woleliby, nadal stać w ciemnościach, niż oglądać przerażające, najprawdopodobniej niezwyciężone potwory, które teraz stały kilka metrów przed nimi. 
- Z łatwością? - spytał Josh przyjaciółkę.
- Muszę zapamiętać, żeby nie rzucać słów na wiatr. - odpowiedziała Cara, po czym potwory rzuciły się na nich, a oni musieli walczyć o życie.  


*Emily i Thomas*


Thomas miał wrażenie, że spadają z tej cholernej skarpy bardzo długo, podobnie jak Emily, chociaż dobrze wiedzieli, że trwa to zaledwie kilka sekund. 
Chłopak miał wielką nadzieję, że jak się rozbiją, to będzie przynajmniej w jednym kawałku. Nie miał  za złe przyjaciółce za to, że pociągnęła ich w dół. Najprawdopodobniej sam w końcu by spadł, a nie chciał, żeby sama spadała, więc zdecydowanie cieszył się, że jest teraz z nią. Przynajmniej nie krzyczała, więc była jeszcze szansa, że nie wszystkie potwory z okolicy wiedzą o ich pobycie w ich domu. No i miał okazję, żeby się z nią przytulić. Dobrze wiedział, że Josh mu zrobi za to niezłą jazdę, sam postąpiłby wobec niego podobnie. Przytulał ją, bo chciał i przy okazji dawało to jakieś korzyści, tak jak myślał - nie krzyczała. 
Zjeżdżali w prędkością światła, a on czuł, jak na jego nogach powstają coraz to liczniejsze obtarcia. Zobaczył, że zaledwie kilka metrów dzieli ich od uderzenia, więc mocniej przytulił Emily. Policzył do trzech i właśnie w tej chwili uderzyli o ziemię. Chłopak poturlał się w lewą stronę, a dziewczyna w prawą i przelecieli niekształtnymi fikołkami kilka metrów, aż wreszcie zatrzymali się, leżąc bezwładnie na chłodnej murawie. Thomasowi strasznie kręciło się w głowie, czuł uporczywy ból w nodze. Podniósł się i usiadł, po czym syknął z bólu i złapał się za obolałą głowę. Gdy otworzył oczy pierwsze, co zobaczył to jego noga, która miała duże, mocno krwawiące rozcięcie. Gdy podniósł wzrok, dopiero uświadomił sobie z jak wielkiej wysokości spadli... Wiedział, że cudem żył. Zobaczył w oddali Emily, która leżała na ziemi i mówiła coś na wzór cichych przekleństw, trzymając się mocno za ramię. 
Chłopak podźwignął się na nogę, bo tamta tylko mu przeszkadzała i uporczywie dawała po sobie znać, a następnie pokuśtykał do przyjaciółki. Pomógł jej się podnieść. Gdy dziewczyna odchyliła ranę na jej ramieniu, nie była ona w lepszym stanie, niż ta na jego nodze. 
- Bardzo boli? - spytał.
- Niestety. - odpowiedziała Emily, idąc krok w krok z Thomasem, który trzymał ją pod ramię, równie ranny - Chodźmy stąd, zanim jakieś potwory nas zabiją.
Był to na prawdę najlepszy pomysł, na jaki mogli teraz wpaść. Udało im się trafić do jaskini, która leżała spory kawałek, od miejsca ich rozbicia. Mogli teraz zostać tutaj, albo wejść prosto do labiryntu... Wybrali pierwszą opcję. 
Thomas doskonale wiedział, że nie mogą zostać w grocie długo, ale gdyby teraz weszli do labiryntu tacy okaleczeni, na pewno zginęliby przy pierwszym ataku.
Usiadł na przeciwko Emily, która opatrywała sobie ramię. Gdy pomyślał o walce, która ich czeka, zaczął tęsknić za Joshem. Wstydził się, że nie jest w stanie obronić przyjaciółki, bo był od niej o wiele gorszy w biciu na miecze, z resztą sam to udowodnił na treningu. Żałował, że nie jest w tym dobry. Skarcił się od środka, za tam pesymistyczne myślenie, chociaż teraz nic wesołego nie przychodziło mu do głowy. W tej głuchej ciszy, niespodziewanie odezwała się Emily.
- Jesteśmy głupi.
- Nie jesteśmy. - odparł Thomas. Poszukał w mózgu potwierdzenia jego słów, nagle rozpromienił się i odpowiedział - Ujmę to tak, człowiek inteligenty umie wybrnąć z wielkiej opresji podczas, gdy mądry nigdy by się w coś podobnego nie wpakował.
- Super, czyli jesteśmy jedynie inteligentni. - wtrąciła dziewczyna, a chłopak udał zamyślenie, po czym pokiwał zgodnie głową.
Oboje wybuchli śmiechem. Miło było uśmiechać się w tak potwornej sytuacji.  
Po mniej więcej godzinie musieli ruszać. W jaskini znaleźli broń, która zdecydowanie im się przyda. Nie zważając na to, skąd się tam wzięła, zabrali dwa miecze ze sobą.
Emily opatrzyła również nogę Thomasowi, co ona uważał za bardzo miłe i pomimo, że byli w fatalnym położeniu, nadal tliła się w nim ta iskra szczęścia, że mógł być z dziewczyną. Zatrzymali się przed wejściem do labiryntu, które było spowite odstraszającą, mleczną mgłą. Stali tak chwilę, aż usłyszeli za sobą dziwne dźwięki. Odwrócili się, wystawiając przed siebie broń, ale zobaczyli jedynie mgłę. Thomas poszedł kawałek przed siebie i nagle skoczył na niego ogromny pająk, który miał na pewno trzy metry wysokości, jednak obronił się wbijając mu broń w brzuch. Niestety nie pocieszyło go to, że sam sobie poradził, bo dookoła zaczął się zbierać pozostały tuzin innych pajęczaków. 
Chłopak cofnął się i stanął koło dziewczyny, po czym powiedział, przyglądając się zbliżającym potworom:
- To pewnie rodzinka.
Przyjaciółka pokiwała tylko głową. Niespodziewanie Emily chwyciła Thomasa za dłoń, a on aż się wzdrygnął. Bardzo chciał, żeby już go nie puściła, co mogło wydawać się dziwne, ale nic na to nie mógł poradzić. 
Dziewczyna nachyliła się do jego ucha i wyszeptała:
- Na trzy wbiegamy do labiryntu. 

On posłusznie pokiwał głową. Policzyli cicho do dwóch i rzuciły się na nich pająki, a oni krzyknęli głośno trzy, po czym wbiegli do zamglonego, ciemnego oraz ponurego labiryntu, wciąż trzymając się za dłonie... Niestety za nimi pognały potwory. 


 *Josh i Cara*


Josh stał tyłem do Cary, która drżała wręcz niewyczuwalnie ze strachu, jednak on zawsze wyczuwał najdrobniejsze szczegóły na kilometr. Przed nim stały dwa wielkie lwy, które były mniej więcej wielkości normalnych lwów... Tylko różniła ich jedna, kolosalna rzecz: te miały trzy łby. Trzy łby oznaczały trzy razy więcej ostrych, jak brzytwy zębów. 
Chłopak jednak nie zamierzał się poddawać. Musiał pomóc Emily... Dobra Thomasowi też, ale bardziej przejmował się przyjaciółką oraz tym, co jego kuzyn mógł teraz z nią robić. Przytulał ją? Ta myśl była nieznośna i dała mu dawkę siły, która zmotywowała go do walki, a co do walki, zdecydowanie nie była wyrównana. Po prostu nie przeszli wystarczającego szkolenia, żeby ich w takie coś ładować.
Do tego bał się o Carę. Była na prawdę w porządku, nie chciał, żeby coś jej się stało. Poza tym najprawdopodobniej nieźle go rozumiała, bo odgadła jego rozterki, przez co nieźle mu ulżyło, bo z kimś się nimi podzielił i miał pewność, że przyjaciółka go nie wyśmieje... W każdym razie jeszcze nie miała takiej okazji, co bardzo go cieszyło. Miał ochotę przytulić Carę, żeby dodać jej otuchy, ale w tej chwili nie był w stanie tego zrobić... Czego oczywiście żałował.  
Wtedy rzuciły się na nich potwory. Dziewczyna dzielnie odbierała atak, więc chłopak upewniony o jej bezpieczeństwie, postanowił szybko pozbyć się wroga... Co oczywiście nie było takie łatwe, jakby się wydawało.  
Na początku nie odebrał ataku, bo to nie miało sensu. Jak miał odeprzeć pięćset kilo mieczem? Postanowił trochę pouciekać, co okazało się niezłym niewypałem. Oddalił się od potwora, jednak musiał się zatrzymać, żeby się nie zgubić, a przed nim stanął lew, który swoimi trzema parami oczu spoglądał na niego z triumfem. 
Po krótkiej chwili skoczył na Josha, a ten przewrócił się całą siłą powalony na plecy. Wydał zduszony krzyk. W tej chwili miał wrażenie, jakby pękł mu kręgosłup. Lecz, gdy usłyszał krzyk Cary, zrozumiał, że to nie on był w tragicznym położeniu. Nie mógł sprawdzić, co dzieje się z jego przyjaciółką, bo całą widoczność zasłaniał mu potwór, który sterczał nad nim. Po chwili ślina z trzech paszcz wroga spadła na twarz chłopaka, co oznaczało potrójną dawkę oburzenia. Szybko uderzył mieczem łeb lwa, odwracając jego uwagę, po czym szybko skoczył na nogi, co utrudnił ból w jego plecach, a następnie powiedział:

- Stary, myjesz czasami zęby? Jeżeli obślinianie to twoje hobby, to bez żadnych sprzeciwów zainwestuje ci w pastę Colgate Max, chociaż dla ciebie chyba już nie ma ratunku!
Potwór zawył, jakby zrozumiał tą obelgę i rzucił się na Josha, który wykonał zgrabny unik, przez co lew uderzył z całą siłą w twardą, skalną ścianę, a on nie zwlekając wbił w jego plecy miecz. Polała się krew, a wróg przewrócił się na bok. Po chwili rozpadł się w pył, a chłopak podniósł swoją broń.
Usłyszał przyduszony krzyk Cary, na co natychmiastowo się odwrócił. Widok, który zobaczył pogorszył stanowczo jego samopoczucie. 
Dziewczyna przyparta była do ściany, ale nie dotykała nogami ziemi, bo ktoś przytrzymywał  kościstą dłonią jej szyję, przyduszając ją. Ten ktoś miał sylwetkę jak człowiek, podobnie ze wzrostem, ale nie było widać jego twarzy, bo na ramionach miał długi, czarny płaszcz falujący w powietrzu. Koło niego krążył drugi z lwów. 
Cara wyraźnie zaczynała tracić świadomość. Josh to widział, widział jej cierpienie, łzy w oczach, strach, ale też przeogromną pewność siebie, co niemożliwie go zaskoczyło, bo on sam na jej miejscu na pewno nie okazałby wigoru. 
Zabuzowała w nim krew, umysł się rozjaśnił, a ona zaczął biec odruchowo w stronę mężczyzny, który chciał zakończyć życie jego przyjaciółki. Drogę zagrodził mu lew, ale on nie zwrócił na niego uwagi, jakby był tylko natarczywą muchą i wbił bez wahania mu miecz, a ten wręcz natychmiastowo zamienił się w proch. 
Josh stanął na przeciwko nieznanego "ktosia", który odwrócił się w jego stronę, nie ujawniając twarzy z mroków kaptura.
- Zostaw ją. - powiedział pewnie chłopak.
Mężczyzna zaśmiał się drwiąco, a gdy uspokoił się odpowiedział:
- Bo?
- Bo to moja przyjaciółka. - Josh zauważył, że Cara ostatkiem sił zerka na niego - I w tej chwili tylko ja mogę decydować o jej losie. 
Bez wahania rzucił się na "ktosia", który osłonił się jedynie własnym ramieniem, a Josh wbił w niego miecz. Jednak mężczyzna rozpłynął się w powietrzu, jak mgła... Wtedy chłopak zrozumiał, że go nie zabił. Ale mało go to obchodziło. Ukląkł koło półprzytomnej Cary, która siedziała pod ścianą z pochyloną głową. Na jej szyi widać było czerwone ślady po palcach, a na ramionach zadrapania po pazurach. Josh wiedział, że próbowała się bronić. Był wściekły na siebie, że nie zdołał jej oszczędzić tego cierpienia. Chwycił jej dłoń, a ona uchyliła powieki i uśmiechnęła się lekko, również ściskając jego dłoń, wręcz niewyczuwalnie. 
Chłopak odłożył ich miecze na bok i zdjął swoją kurtkę, złożył, po czym pomógł położyć się przyjaciółce i podłożył ubranie pod jej głowę. Sam usiadł z boku, przy okazji obejmując pierwszą w swoim życiu, tak odpowiedzialną wartę. 
Gdy Cara zasnęła przyjrzał się jej dokładniej. Włosy miała w nieładzie, co dodawało jej uroku, a na twarzy widniało zacięcie po kamieniu, który ją uderzył na samym początku, a kosmyk włosów podnosił się w górę i w dół, przez oddech z jej nosa, już zdecydowanie równomierny. 
Josh nachylił się i odgarnął włosy, które leżały na jej twarzy i sam zmęczony położył się koło niej, mając nadzieję, że nie zaśnie, co oczywiście mu nie wyszło.
 Niestety przed snem usłyszał niepokojące słowa:
- Jeszcze się spotkamy Joshu Evillu ... I wtedy będziesz musiał wybrać.
Potem chłopak już nie był świadom, tego co się dzieje.
_______________________________________________________________________

Chciałam was bardzo przeprosić, że dodaję tak późno, ale cały dzień siedziałam we Wrocławiu i nie miała dostępu do internetu :C Mam nadzieję, że mi wybaczycie.
Co do rozdziału, całkiem mi się podoba, nie jest źle. Bardzo ciekawi mnie wasza opinia, wiec KOMENTUJCIE I WYRAŻAJCIE OPINIĘ! ;D.
Zapraszam was również do pytania bohaterów ^^.
Ostatnio było mało komentarzy pod rozdziałem :C. No trudno, nie zmuszam was do niczego, ale trochę szkoda, że nie wszyscy wyrazili swoje opinie. Oby w tym wypadku było inaczej ;). 
Komentujcie, komentujcie i jeszcze raz KOMENTUJCIE!!! :D 
I jeszcze jedno, tekst o człowieku inteligentnym zabrałam mojej nauczycielce od matmy, bo mi się spodobał ^^. (wiem, to bardzo dziwne XD)
Do poczytania ! ♥